Historia gestu

Posted on 30 grudnia 2016 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

 

Dedykowane noworocznie uczestnikom manifestacji KOD-u oraz posłom PO i Nowoczesnej okupującym gmach Sejmu RP

Gesty, czyli sposób wypowiadania się człowieka poza słowami, z reguły nie przedostają się do historii. A przecież potrafią mówić tak wiele. Na historycznych płótnach widać władców i dowódców armii w pozach zwycięskich, majestatycznych, władczych. Ale tylko naprawdę wielcy mistrzowie potrafili – i pragnęli tego – przekazać prawdę o ludziach, których uwieczniali. Większość gestów, które widzimy na dawnych oficjalnych, uroczystych portretach, to gesty aktorskie, to wynik obowiązującej konwencji przedstawienia osoby sprawującej władzę; konwencja ta więcej mówi o epoce niż o portretowanym człowieku. Właśnie, o epoce. Dziś także o naszej epoce możemy wiele dowiedzieć się ze zdjęć.

Gdy patrzy się na obraz telewizyjny, ilustracje w magazynch, czy na popularnych portalach uderza gorączkowe pragnienie wydających je, by umieścić jak najwięcej wizerunków człowieka poniżonego. Interesujący portret człowieka, ich zdaniem, to ten, na którym ktoś się wykrzywia, robi nieprzyzwoity gest, jest prostacki. Na tych gestach chcą zarobić. Udziela się to modelom. Do niedawna znane piękności pozowały do medialnych portretów obowiązkowo z wywalonym językiem. Paparazzi polują nieustannie na kompromitujące sytuacje i pozy, chcą uchwycić chwile słabości ludzi znanych i wpływowych. Niemała grupa młodzieży uważa, że warunkiem dobrego „zaistnienia” w mediach jest zrobienie na użytek kamery czy aparatu fotograficznego czegoś obrzydliwego, oszpecenie się, wypowiedzenie plugawego słowa. Ordynarna kpina z autorytetu oraz z tych, którzy będą to szyderstwo oglądać ma wysoką wartość medialną. Nie wszyscy się temu poddają, zwłaszcza w Polsce opór jest silny. Widać jednak wyraźnie, że wielu ludzi skądinąd normalnych, przyzwoitych, zaczyna wykonywać na zamówienie gesty nie swoje, a cudze, podpowiadane przez sprytnych mentorów. Naśladować czyjeś miny i słowa, które sami uważają za głupie, tylko dlatego, iż dali sobie wmówić, że w ten sposób będą w czyichś oczach bardziej atrakcyjni, naprawdę nowocześni. Nonkonformistyczni i świeży.

Gest pokazuje jak traktujemy sami siebie. Jaką funkcję przyznajemy swojemu ciału. I jak łatwo można nami manipulować, przekonując, że konwencja współczesnej kultury wymaga poniżenia własnego człowieczeństwa na użytek publicznego przekazu.

Mam przed sobą fotografię sprzed lat stu przedstawiającą grupę ludzi na śniegu. Są na spacerze, ciągną drewniane sanki. Starsi poważnie patrzą nam w oczy, młodsi i zupełnie młodzi zdjęli z głów czapki i uprzejmie nam się kłaniają. Nie ma w tym nic z błazeństwa. Ukłon jest pełen uroku, uprzejmość niewymuszona. Pośród beztroski zimowego popołudnia ta chwila utrwaloną krótkim odgłosem przesunięcia migawki w aparacie fotograficznym widocznie także im wydawała się ważna. W ciągu jej trwania nie zniknęło, nie zostało poddane w wątpliwość człowieczeństwo żadnej z utrwalonych na kliszy postaci.

Ta fotografia jest niczym sygnał świetlny z odległej galaktyki, ślad innej epoki, pozdrowienie z dalekiego lądu.

Zapewne ogromna większość ludzi pozujących dziś do zdjęć, które normalnego człowieka napawają smutkiem i obrzydzeniem, a które tak lubiane są przez wydawców i redaktorów, to osoby, które na co dzień zachowują się naturalnie i wyglądają miło. Z lęku przez brakiem akceptacji, odrzuceniem przez świat mediów i osób wpływowych, dali sobie narzucić obcy im styl.

Co takiego wydarzyło się z człowiekiem w ciągu około stu lat, jakie dzieli powstanie tamtego czarnobiałego zdjęcia od współczesnych fotografii, że nie potrafi on tupnąć nogą, gdy inni żądają od niego głupiego i ordynarnego gestu? Albo oczekują, że będzie przetrząsał czyjeś rzeczy pozostawione na sali obrad i on pokornie to wykona? A przecież nie chodzi tu o drobiazg. Chodzi o obraz człowieka. Człowieka, który nie jest najbardziej rozwiniętą małpą, ale stworzony został na obraz i podobieństwo Boga.

Oczywiście, da się to wszystko zamknąć w wiele wyjaśniającą formułę, coraz częściej powtarzaną: w naszych czasach nieproporcjonalnie wielu ludzi dało sobie narzucić pełen podejrzliwości stosunek do rzeczy dawnych, także do kultury bycia przyjętej w naszym kręgu cywilizacyjnym, do kulturowej tradycji. Trzeba je zanegować od razu na wstępie, a wszystko to co nowe, co jest wytworem ostatniej chwili, potraktować a priori, jako coś dobrego. Ten marksistowski schemat: stare – złe, nowe – dobre, pozwala swobodnie żerować na ludziach producentom „nowości”. Człowiek złapany w sidła tego fałszywego ze swej istoty, lewackiego rozróżnienia jest bezbronny. Największa kompromitacja (zwana w gwarze więziennej – ostatnio uważanej za szczyt wyrafinowania towarzyskiego – „obciachem”) jego zdaniem, to brak entuzjazmu w przyjmowaniu reklamowanej właśnie nowości.

Adolf Kosarek - Zimowa noc

Adolf Kosarek – Zimowa noc

Ale ta formuła to jeszcze nie wszystko. Ważniejsze jest poczucie nieważności własnej egzystencji, toczące niczym robak świadomość człowieka, który ulega tej presji – czy ma ono kontekst polityczny, czy „artystyczny” – niszczące duszę człowieka i zamieniające w żenadę wszystkie dziedziny jego aktywności. To dlatego ludzie, których wtłoczono, w przypisane im czasem podstępnie, role, tak często czują się przypadkowi i niechciani, jak gwiezdny pył między galaktykami. Dlatego potrafią szydzić z innych, nie wiedząc, że szydzą sami z siebie, wykrzywiając się do obiektywu i udając małpy, przeklinając swoich bliźnich i życząc im wszystkiego najgorszego, kłamiąc na ich temat jak najęci – podczas, gdy tamci, na śniegu, idący rzędem z sankami w trzaskający mróz, słali nam ukłony.

Klub starego podręcznika

Dedykowane politykom Prawa i Sprawiedliwości

Stary podręcznik jest o wiele starszy niż jego sprzedawca, choć ten człowiek dobiega już siedemdziesiątki. Leży sobie wśród przedmiotów równie starych i zniszczonych na kocyku w kratkę, rozłożonym wprost na ziemi. To dziwne, że takie, za przeproszeniem, rupiecie, wywołują błysk podniecenia w oczach przechodniów, a nawet rumieniec na niejednej twarzy. Jest jakaś przyjemność w braniu do ręki przedmiotów wypolerowanych w nieistniejących już warsztatach czy pracowniach. Być może przez pokolenia stawiano na stole jakiegoś domu owe mosiężne i cynowe imbryki, porcelanowe sosjerki o wytartych złoceniach, wyszczerbione solniczki, obtłuczone cukiernice, a także niezliczoną ilość innych drobiazgów, których przeznaczenie nawet trudno dziś odgadnąć.

Handlarz jest spokojny i pewny swego; wie, że jego towar spotka się – jeżeli nawet nie z nieodpartą pokusą zaniesienia go do własnego domu – to przynajmniej z potrzebą dłuższej kontemplacji, obracania w palcach tych okruchów czegoś minionego, których barwy pozacierał czas, a jednak nie uszło z nich niedzisiejsze piękno. Wzruszają, intrygują. Stary podręcznik wzbudza mniejsze zainteresowanie. Jest wymięty i pożółkły, ubyło mu kilka kartek. Jego skromna powściągliwa czcionka nie narzuca się. Jest on najbardziej zagadkową rzeczą na tym podmiejskim pchlim targu, któremu daleko do bogactwa prawdziwych targów staroci, gromadzących ludzi rozgorączkowanych, podnieconych perspektywą wyszperania czegoś absolutnie wyjątkowego i niedrogiego zarazem.

000-aaa-aaaa

A jednak nawet ten nieefektowny przedmiot znika któregoś dnia z kocyka i ląduje, owinięty w gazetę, w czyjejś kieszeni. Podręcznik, z którego wiedzy nikt już nie skorzysta, bo kto chciałby uczyć się dla nieistniejących profesorów, powtarzać sobie w myślach formułki, których treść dawno już przestała obowiązywać? A jednak pociągnął kogoś i sprzedawca, chłop spod Płońska, zadowolony, wygłasza zaskakujący komentarz: „O, ten to zrobił dobry interes”. Przecież nie ze snobizmu, jaki nieraz towarzyszy zakupom na przykład starych fotografii, należących do obcych rodzin…

Czym jest ta tęsknota, rozpoznawalna nieomylnie przez ludzi prostych, ale posiadających zdrowy zmysł, wyczucie potrzeb chwili, zwanych dziś „tendencjami rynku”? Ludzi sprytnych i przedsiębiorczych, bo przecież z tego żyją.

„Jeszcze mgliście, ale już także przeciętny, szary człowiek wyczuwa, że nie ma ze strony nowoczesności takiej obietnicy, która by nie została zdradzona”, pisał Vittorio Messori w tekście o Postnowocześności. „Nauka miała wyzwolić ludzkość, stworzyła natomiast wiedzę i umiejętności służące do niszczenia jej. Technika miała humanizować przyrodę, a często ją dewastowała. Historia miała okazać się dążeniem do wyzwolenia ludzi z ignorancji, nędzy, ucisku, doprowadziła zaś do pojawienia się mas ogłupiałych podkulturą telewizyjną, oddanych kultowi >gwiazdorów< sportu i widowisk:, zawiodła Południe świata w zaułek nędzy i rozpacz; doprowadziła do marksistowskich gułagów i nazistowskich lagrów, do rzezi w Kambodży i Chinach. A co się tyczy pokoju…”

Długo jeszcze ciągnąć można tę litanię skarg na epokę, która zbyt długo mamiła nas swoimi nieskończonymi, rzekomo, możliwościami. Jej grzechy są aż nadto oczywiste. „Na Wschodzie, podobnie jak na Zachodzie, umierają wszystkie bogi nowoczesności, które usiłowały zastąpić Boga” – kontynuuje włoski pisarz – „owe bóstwa nieustannego postępu, coraz powszechniejszego dobrobytu, nastania na ziemi królestwa wolności, sprawiedliwości, absolutnego pokoju. Dogorywają wszelkie inne fetysze, ulepione z gliny charakterystycznej dla kultury >nowoczesności<: odrzucenie grzechu i w konsekwencji – mit człowieka >dobrego z natury<, zepsutego jedynie przez źle zorganizowane społeczeństwo, dobroczynna wszechpotęga nauki i ekonomii, kierowanych przez >światłą< politykę. Wielkie góry urodziły mysz, a może nawet szczura…”

Czego zatem zapowiedzią jest ta cicha, wręcz niepozorna zmiana: na podmiejskich bazarach coraz większa rzesza przybyszów zaledwie omiata wzrokiem błyszczące kształty wytworów współczesnego przemysłu, chociażby z dziedziny gospodarstwa domowego (zbyt często rozpadają się po kilku miesiącach, ale przede wszystkim są brzydkie), a z upodobaniem bierze do ręki stare młynki do kawy, opukuje palcami miedziane samowary, bębni w wyszczerbione srebrne tace i pracowicie, na głos odczytuje wygrawerowane na poczerniałych sztućcach litery? A nawet zagląda z nadzieją do czegoś, tak na pozór bezużytecznego, jak ów podręcznik sprzed stu laty. Po co?

By odnaleźć zapominaną przejrzystość i klarowność myśli, logikę układu, prostotę i elegancję sformułowań, cudowną polszczyznę, piękną i nie nachalną ilustrację, słowem – szacunek dla umysłu i psychiki dziecka i młodego człowieka, którego książeczka ta zachęca – nie, zwyczajem współczesnych opracowań, by wstąpił do bajkowego ogrodu (przypominającego coraz bardziej dom wariatów), gdzie pomieszano wszystko ze wszystkim – ale, by rozpoczął prawdziwą przygodę rozróżnień, dystynkcji, poznawania świata niezmiennych zasad, jasnych kryteriów, obiektywnych racji, by uporządkował swoje myśli i wzbogacił umysł.

0000-aaa-aa-ks

Stary podręcznik, popstrzony przez muchy, ozdobiony osobiście wykonanym exlibrisem, wykaligrafowanym ręcznie imieniem i nazwiskiem właściciela, oraz miejscem i datą wydania: „Wilno 1908”, to nie tylko wspomnienie czegoś co było, ale namacalne świadectwo tego co jest, niezmienne i wieczne, jak prawa i zasady.

Myszkowanie po bazarach nie musi być tylko zabawą, podszytą resentymentem i nostalgią. Może stać się poszukiwaniem wzorców życia, pełnym nadziei na wielką niespodziankę. Odkryciem, które pomoże dokonać także w życiu prywatnym dobrej, rzetelnej zmiany. Nie da się ukryć, poszukujemy wzorców dla naszych najważniejszych ról życiowych: rodziców, wychowawców, mistrzów, nauczycieli, dowódców, polityków. Nie chcemy zagubić się w postnowoczesności, która wyje wokół niczym wygłodniały szakal i dmucha lodowatym chłodem. Choć realnie żyjemy w jej atmosferze, to mamy do spełnienia zadania całkowicie odmienne od tych, które ona nam nieustannie dyktuje.

(fragment książki Patrząc na kobiety)

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.