Gietrzwałd i nasze czasy

Historia Polski ma swoje mało znane, a jednak całkowicie niezwykle karty, które przez „poważnych badaczy” chętnie są wrzucane do worka z napisem „klerykalne legendy”, „ludowe podania” i „komiczne przesądy”. Objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie w 1877 roku do nich należą.

Żadne zresztą z pozostałych objawień Maryjnych, jakie miały miejsce w Europie w XIX wieku i na początku XX (Rue du Bac, Lourdes, La Salette i Fatima) nie zostały tak naprawdę uznane za wydarzenia historyczne. Mimo ogromnej ilości faktów potwierdzających ich autentyczność, nie cieszą się one rangą zjawisk, które można i należy wziąć pod uwagę w opowiadaniu, upamiętnianiu i interpretowaniu dziejów świata. Widać jak bezradny jest umysł człowieka epoki nowożytnej – począwszy od schyłku średniowiecza – wobec tego wszystkiego, co przekracza możliwości czysto racjonalistycznego poznania i analizy. Jest tak jak mówił Chesterton: jeśli ktoś jest niewierzący, to ma na ogół na temat faktów zupełnie mylne mniemanie; jest niewierzącym „z mnóstwa powodów”, które są kompletnie nieprawdziwe. „Wątpi w chrześcijaństwo, ponieważ średniowiecze było barbarzyńskie (choć wcale tak nie było); ponieważ darwinizm został udowodniony (choć wcale nie został); ponieważ cuda się nie zdarzają (choć zdarzają się stale); ponieważ mnisi byli leniwi (choć w rzeczywistości byli bardzo pracowici); ponieważ zakonnice są nieszczęśliwe (choć tak naprawdę są wyjątkowo radosne); ponieważ sztuka chrześcijańska była smutna i blada (choć używała najjaskrawszych kolorów i mieniła się od złota)”[1]. Istnieje zatem prawdziwa przepaść między tym co wiedzą o naszych dziejach historycy i politycy, a tym, co mówiąc w pewnym uproszczeniu, „lud wie” i co jako fakty głosi Kościół. Ten przedziwny rozziew powinien znaleźć swoje wytłumaczenie, powinien zostać potraktowany jako coś nie całkiem normalnego. Coś właśnie nie racjonalnego.

Z tego powodu warto poznać bliżej wydarzenia, jakie miały miejsce w roku 1877, w małej polskiej wiosce pod Olsztynem, na terenie zaboru pruskiego, co do których biskup miejsca uroczyście ogłosił sto lat później, że ich „charakteru nadprzyrodzonego nie da się wykluczyć”. Między czasem objawień w Gietrzwałdzie a rokiem 1918, gdy Polska wróciła na mapę świata, upłynęło zaledwie czterdzieści lat. Dwa wydarzenia wcześniej dla Polaków wręcz niewyobrażalne: przyjście na naszą ziemię Matki Boskiej oraz przywrócenie nam bytu państwowego rozegrały się zatem w niewielkiej skali czasowej. Ale by móc sformułować wnioski o tym co się wydarzyło, wykraczające ponad polityczny jedynie wymiar, trzeba też zanalizować dokładniej czas i miejsce objawień gietrzwałdzkich, ich szerszy kontekst.

Vittorio Messorio zauważył nie bez cierpkości: „To nie kwestia stronniczości czy wrogości, tu raczej chodzi o nieświadomą deformację świata, jakiej od wieków poddają się intelektualiści, którzy uważają, że tylko polityka, gospodarka oraz kultura (oczywiście kultura laicka) mogą mieć jakieś znaczenie i mogą zasługiwać na uwagę ze strony poważnych, patrzących realistycznie na świat osób. Z tej perspektywy, religijne wydarzenie, niepowiązane z jakimś wydarzeniem politycznym i nie poddane analizie społeczno-ekonomicznej, jest całkowicie bez znaczenia. Jest uważane za wyraz anachronicznej subkultury, którą nie warto się zajmować. A już nie do pomyślenia jest, by można opisać wydarzenie tak śmieszne, tak w złym guście, tak nie do przyjęcia i tak politycznie niepoprawne jak jakieś »objawienia Matki Boskiej«! (…) Kim jest ta histeryczna dziewuszka, która wierni znają pod imieniem Bernadetty? Kim są ci biedni portugalscy pastuszkowie noszący imiona Łucji, Hiacynty i Franciszka? Kimże oni są, by zajmować miejsce obok wielkich postaci »tworzących prawdziwą historię«?”

 

Teodor Axentowicz – Modlitwa

 

Wszystkie objawienia XIX i początku XX wieku mają charakterystyczny rys: Matka Boża przychodzi do osób z najniższych szczebli drabiny społecznej. Można powiedzieć: „najmniej uczonych”, najmniej dostojnych, poważanych, otoczonych splendorem sławy, pozycji, władzy, majątku, osobistej świetności. Ci „najmniejsi” są przez Nią wybrani; są Jej w jakimś sensie najbliżsi. Ponadto w Lourdes, La Salette, Fatimie i w Gietrzwałdzie wszystko odbywa się w realiach przyrody; w przypadku Gietrzwałdu miejscem wybranym przez Maryję jest rosnący nieopodal kościoła klon. Sceneria nie jest bez znaczenia. „Widzący” mogą zobaczyć, jak postać Maryi „przychodzi” i „odchodzi”. Podnoszą głowy, patrzą wzwyż, spoglądają w niebo… Jak Apostołowie, którzy prawie wszyscy byli rybakami (profesja dość rzadka w skalistym, pustynnym kraju);  rybak zawsze musiał patrzeć w niebo, analizować to, co się na nim dzieje).

Nie jest też przypadkiem, że w Gietrzwałdzie dochodzi do swoistej konfrontacji o niezwykle doniosłej wymowie: ukazanie się Matki Bożej oczom dwóch wiejskich dziewczynek ma miejsce na ziemi polskiej, ale w państwie, które pozostawało pod przemożnym władaniem Kanclerza Rzeszy niemieckiej Otto von Bismarcka. Postać to symboliczna dla ówczesnej, dominującej w Europie formacji politycznych przywódców. Człowiek, którego ukształtowała idealistyczna filozofia niemiecka, racjonalistyczna mentalność i protestancka kultura duchowa. Ten intelektualista i gracz o ogromnych ambicjach osobistych i politycznych miał idee fixe stworzenia „idealnego państwa”, cudu materialnej doskonałości, czegoś na kształt nowoczesnej i wydajnej maszyny, w której wszystkie części, wszystkie funkcje, wszystkie tryby będą podporządkowane celowi doczesnemu, materialnemu: osiągnięciu przewagi nad resztą świata. Tą mniej wydajną, mniej ambitną, będącą na bakier z postępem, słowem słabszą połacią Europy.

 

Franz von Lenbach – Otto von Bismarck

 

Ludzie byli tu całkowicie na usługach owej wszechpotęgi „przemysłu politycznego” i społecznej efektywności, jakim było państwo pruskie. Wszystko zdawało się działać bez zarzutu i być słusznym powodem dumy tego najlepszego pod słońcem fachowca od dyplomacji, prowadzenia wojen, zarządzania i porządkowania państwa – porządkowania brutalnego i bezwzględnego nieraz – na modłę wielkiej hali produkcyjnej (czy też wzorowego folwarku). I nagle: katastrofa! Gietrzwałd! Maleńka prowincjonalna nie dziura nawet, ale nikła plamka, punkcik bez znaczenia na mapie imperium.

Dlaczego Gierzwałd był katastrofą dla Bismarcka? Przy wszystkich swoich cechach budzących w Polakach jak najgorsze skojarzenia Żelazny Kanclerz nie należał do „oświeconych durniów”, którzy traktują wydarzenia tego rodzaju jako coś, co należy wyśmiać, jako naiwne wyobrażenie, halucynacje czy legendę (choć sam był agnostykiem!). I mimo, że wielu ludzi mu współczesnych zapewne ledwo tylko ukrywało wobec objawień Matki Bożej swoją głęboką pogardę, szyderstwo lub obojętność, Bismarck swoim nieprzeciętnie sprawnym umysłem zdołał pojąć całą tragiczną dla niego wymowę tego znaku. Znaku jakby specjalnie uczynionego dla niego! „Uważaj, bo to twoja pycha skłania cię do budowania domków z kart, którymi okazać się może cała potęga żelaza i stali! Potęga o jakiej marzysz, osiągnięcia, które przypisujesz sobie, są przemijającym materialnym bytem, o którego trwałości decyduje jedynie Bóg. Mogą zostać zdmuchnięte w jednej chwili i nie zostanie z nich nawet popiół. Nie ty jesteś twórcą ładu, o który zabiegasz…”

 

Wojciech Kossak – Rugi pruskie

 

Z szerszego kontekstu i całej panoramy wydarzeń roku 1877 w Gietrzwałdzie wynika, że Bismarck tę gorzką lekcję przyjął (choć nie ujawnił tego wprost). Że ten dumny i butny, choć niezwykle bystry Prusak, szczerze nie znoszący Polaków z powodu ich katolickiego „nieokiełznania” i zbytniej swobody, jaka kształtowała ich decyzje polityczne (także gospodarcze), pochylił głowę.

Dowody są na razie tylko pośrednie. By je zebrać, przedstawić, zhierarchizować napisałam książkę poświęconą objawieniom, starając się, by mogła stać się owym brakującym ogniwem między obowiązującą, „naukową”, czyli polityczną jedynie wersją historii XIX wieku w Europie i w Polsce, oraz tym, co Kościół podaje nam jako fakt podtrzymujący naszą wiarę.

Badania gietrzwałdzkich objawień czynione przez ludzi Kościoła musiały być dokładne a ustalenia ścisłe. Tym bardziej, że biskupem miejsca był w owym czasie Niemiec, w przeciwieństwie do proboszcza parafii gietrzwałdzkiej, ks. Augustyna Weichsela, dość mocno podporządkowany decyzjom administracji państwowej, która piętnowała modlitwę i katechezę w języku polskim na terenie zaboru niemieckiego i surowo ją karała. Ks. Augustyn Weisel (Weichsel to po niemiecku Wisła) był jednak kapłanem, który nie bał się kar, nie był w stanie bowiem przedkładać podporządkowania decyzjom administracyjnym ponad dobro dusz swoich parafian. Ten rodowity Niemiec modlił się ze swoimi wiernymi, nauczał i spowiadał w języku polskim. Potrafił też za nich cierpieć. Nie był „pragmatykiem”, nie uważał, że musi zasłużyć na jakikolwiek sukces doczesny, kierował się wiarą i miłością do Kościoła. Od początku – mimo, że wszystko co wydarzyło się, począwszy od pierwszego dnia objawień w 1877, było tak nieprawdopodobne, zdumiewające, że niemal bajkowe – był przekonany o prawdziwości objawień. Zapisywał każde słowo Matki Bożej, troskliwą opieką otoczył obie „widzące” dziewczynki, Barbarę Samulowską i Justynę Szafryńską, zapewnił im bezpieczeństwo (narażone były na brutalne represje ze strony władz państwowych) i zadbał, by znalazły się w klasztorze, poza zasięgiem pruskiej policji. Otwierał też gościnnie podwoje plebanii dla rzesz pielgrzymów z okolicznych miejscowości, a niebawem także i z ziem wszystkich trzech zaborów. Była nimi szlachta – tak zdziesiątkowana po klęsce Powstania Styczniowego – mieszczanie i chłopi; wszyscy zjednoczeni najszlachetniejszą z tęsknot: dotknąć miejsca, gdzie ukazała się postać Tej, która czcili jako Królową Polski. Ukazała się w sposób, który nakazywał uznać w Niej Królową Nieba i Ziemi. Nigdy nie widziano u pielgrzymów gietrzwałdzkich wystawności i bogactwa; było nawet pewną szlachetną modą wśród Polaków wyższego stanu, by nie przyjeżdżać tu powozami, lecz koleją, furmankami lub przychodzić pieszo (do Gietrzwałdu przybywali też liczni Niemcy i Litwini).

 

Artur Grottger – Obrona dworu

 

Rzecz znamienna, Matka Boża nie wygłosiła w Gietrzwałdzie żadnego orędzia. Jej słowa były oszczędnymi, wręcz lakonicznymi odpowiedziami na pytania dziewczynek, zadanymi w gwarze warmińskiej – tym językiem posługiwały się obie małe mieszkanki Gietrzwałdu. Przypominało to audiencję u Królowej. Tak też się Matka Boża ukazała: na tronie, ze wszystkimi insygniami władzy królewskiej, otoczona Aniołami. Pobłogosławiła źródełko, które nieopodal się znajdowało. Poprosiła, by Jej ufać. Przypomniała o różańcu.

Co było zatem treścią zasadniczą przesłania? Dlaczego wygłoszone zostało właśnie tu?

Wiek XIX był w Europie wiekiem intelektualnej pychy warstw wyższych. Nawet na Kościele głębokim cieniem kładł się liberalizm i modernizm („ściek wszystkich herezji” jak ujmował to św. Pius X). Na tym tle w Gietrzwałdzie mamy do czynienia z pozornym paradoksem: powściągliwy, niemal surowy sposób wyrażania się Matki Bożej, Jej przypominanie tradycyjnej wiary i praktyk modlitewnych, oraz nauka o konieczności zaufania Bogu – nie sobie, patrząc realistycznie na własne ograniczenia i niemoce – silnie kontrastowało z wizją wcielaną w życie w bismarckowskich Niemczech, że człowiek wszystko może, a prawdziwym bogiem jest pruskie państwo.

Obie gietrzwałdzkie wizjonerki mogłyby o sobie powiedzieć z rozbrajającą szczerością, że w niczym „nie są dobre”. Dla nikogo nie mogą żadnym być wzorem. Są po prostu gąskami, które trzeba wszystkiego nauczyć. Potrafiły się jednak modlić i czyniły to chętnie. „Nas, którzy gotowi jesteśmy zębami i pazurami bronić tej odrobiny poważania, jaką sobie wypracowaliśmy, i czynimy z tego kwestię godności, może irytować widok istot mających w sobie aż taką pokorę… Nasze poczucie godności osobistej nie pozwala nam powiedzieć głośno, że chcielibyśmy być święci. Boimy się tego albo się wstydzimy” (o. A. Sicari). Tymczasem one uważały to za rzecz zupełnie oczywistą, za „prawo i konieczność”. Jakże jest wymowne, że do takich właśnie istot zechciała zbliżyć się Matka Boża. Zaślepiony umysł XIX – wiecznego racjonalisty – a racjonalistycznymi i ateistycznymi poglądami, jakie ukształtowały pozytywizm i ewolucjonizm, święcące triumfy w nauce i oświacie tamtego czasu, były przeniknięte wszystkie dziedziny wiedzy, cała niemal kultura i szkolnictwo – podpowiadał, że Bóg nie jest do niczego potrzebny człowiekowi. Sam może się uszczęśliwić, sam sformułować prawdę, sam zdefiniować dobro. Objawienia Matki Bożej były zatem żywą apologetyką, dowodem na istnienie Boga, niezmiennej prawdy, nadprzyrodzoności, nieba i piekła – w czasach, które się już rysowały na horyzoncie jako apokaliptyczne, naznaczone apostazją narodów. Przy tym towarzyszyły owemu objawieniu setki faktów, których nie da się wytłumaczyć naukowo: cudowne interwencje, uzdrowienia, nawrócenia… Przeciwko faktom nie ma argumentów.

Bismarck mógł tym wszystkim pogardzać, biorąc pod uwagę ludzki wymiar owych zjawisk, nie mógł jednak, w głębi serca i umysłu, przejść obojętnie wobec tej prawdziwej kompromitacji pseudoracjonalizmu, któremu hołdował, który czcił, na którym wszystko budował, a który ignorując Boga bożkiem czynił człowieka – i w rezultacie przynosił „wyrok potępienia dla całego nowego porządku świata”.  Porządku, który jawnie lekceważy Boga i Boże prawa. „Porządek”, który usiłował zaprowadzić w Europie okazał się, w kontekście gietrzwałdzkich objawień, żałosnym nieładem. Taki jest głęboki sens tego co wydarzyło się w Gietrzwałdzie w 1877 roku. Uznali ten fakt za przełomowy i dostrzegli jego sens Polacy z trzech zaborów. (Szacuje się, że do Gietrzwałdu dotrzeć mogło ok. sto tysięcy polskich pielgrzymów, pomimo utrudnień, jakich nie szczędziły zaborcze władze).

Umocniwszy ducha polscy katolicy trzech zaborów mogli stanąć bez lęku przed wyzwaniami, jakie przyniosła I wojna światowa i jej polityczne następstwa. Mogli uwierzyć w coś, co pod koniec XIX wieku wydawało się tylko zuchwałą mrzonką: że Polska zostanie wskrzeszona – także dzięki czynowi zbrojnemu Legionów – bo jej suwerenność nie jest czymś banalnym i bez znaczenia dla świata, także z perspektywy Niebios. Królowa, która staje we własnej osobie na polskiej ziemi, zabranej przez obcych, objawiając swoje Imię – „Niepokalanie Poczęta”, i oznajmiając, że zawsze będzie przychodzić z pomocą tym, którzy pozostaną Jej wierni, dostarcza najbardziej przekonywującego dowodu w tej sprawie.

Świat  zajęty „wielkimi wydarzeniami” w metropoliach Europy ignorował to wszystko. Blask wspaniałych odkryć naukowych, nadzwyczajnych wynalazków, olśniewających wystaw artystycznych, zwycięskich kampanii wojennych, podbojów kolonialnych był dla umysłu i wyobraźni człowieka wystarczającą pożywką. Jednak Bismarck zadrżał. Zwołał w sprawie Gietrzwałdu specjalną naradę (piszę o tym w mojej książce). Swoje przerażenie ukrył przezornie pod maską zatroskania o poziom oświaty na terenie Królestwa Prus. Objawieniom chciał przeciwstawić nauczanie w klasach szkolnych, linijkę i dyscyplinę w ręku lojalnego  nauczyciela. Ale wiedział już – choć całe jego otoczenie odbierało zainteresowanie Gietrzwałdem jako czyste szaleństwo – że wydarzyło się coś, co powoduje, iż wymyka mu się z rąk cała władza. Być może zakiełkowała w jego głowie nieprawdopodobna, tragiczna dla niego myśl, że „prawdziwa historia, historia, która naprawdę »ma znaczenie«, to historia tułających się po gościńcach prostaczków. (….) i to, co się naprawdę liczy, »zakryte zostało przed mądrymi i roztropnymi«” (Messori) i objawione właśnie im. Najnędzniejszym z jego poddanych. (Historia życia jednej z gietrzwałdzkich „widzących”, Barbary Samulowskiej, późniejszej siostry szarytki, potwierdza tę, w istocie katastrofalną w swej wymowie dla Bismarcka prawdę, w całej rozciągłości…).

Mamy rok 2018. Wszystko idzie jak z płatka. Z perspektywy „Bismarcków” naszych czasów nie może być lepiej. Na morza wpływają potężne floty. Pociski kierują się ku wyznaczonym celom. Rakiety ustawiają się w szyku bojowym. Przestrzeń kosmiczną kontrolują niezawodne satelity. Oko kamery wyśledzi wszystko. Terroryści bez problemu wykonują wyroki. Europejczycy nie mogą już nigdzie czuć się bezpiecznie. Polacy próbują niekiedy uratować honor Europy i własnym ciałem zasłonić bezbronnych –  i choć padają martwi zostawiają niespokojne sumienia żyjących… Polska niepokoi, bo jest wciąż tak inna. Niepodległą i suwerenną, po latach, zniesławiają jednak nawet ci, którzy zawsze byli z narodem. A więc machina działa! Działa bez zarzutu.

A jednak za chwilę miliony ludzi znów usłyszą kwilenie Dzieciny, której główka przyprószona jest sianem z bydlęcego żłobu. Popłynie z milionów ust „Bóg się rodzi!”. Spojrzenie Matki z czułością ogarnia maleńką Postać w kołysce z surowych desek…

Dokąd jesteśmy Jej poddanymi nic nam nie grozi, bo spoczywamy w ręku Jej Syna.

 

Caravaggio – Adoracja Dzieciątka

 

To nie rozgwieżdżona, tajemnicza noc kryje niebezpieczeństwo, ale ludzkie serca. Jednak wcześniej czy później zadrżą one tak samo jak zadrżało serce Bismarcka. Jej bowiem, Matki Najświętszej władza nad światem dana jest od Boga. Niepokalane Serce Maryi już wkrótce zatriumfuje, jak zapowiedziała to w Gietrzwałdzie i jak obiecała w Fatimie.

 

_____

Nieco poszerzona wersja tekstu zamówionego przez redakcję Biuletynu IPN do numeru wydanego z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości (który jednak nie mógł się tam ukazać).

______

 

List Czytelnika

Dziękuję za ten najnowszy wpis, wydaje się najbardziej syntezujący z tego cyklu. Nad kilkoma zdaniami chciałbym się pochylić. Zamysł uzupełnienia luki, to „brakujące ogniwo” to właściwy cel, który powinien przyświecać pisarzom, którzy rozumem oświeconym wiarą, „po chestertonowsku”  powinni wyjaśniać ukryte mechanizmy Bożej obecności w świecie. Od czasów Oświecenia (a i głębiej… , tylko w sposób nie nazwany i nie zorganizowany) doświadczamy rozejścia się rozumienia tej Machina Coelestis, na co najmniej dwie wykładnie: jedna to właśnie oświeceniowy deizm, czyli mówiąc najogólniej antropomorfizacja Boga. Stworzyciel nie jest już transcendentny, jest Zegarmistrzem, który popchnął świat w ruch i zostawił go jego własnym „naturalnym” prawom. Otwarto tym samym furtkę do unaturalnienia religii (o tym właśnie pisał kardynał Newman), co dało podstawę późniejszej teorii ewolucji, od której Kościół do dzisiaj nie może (nie chce?) się wyzwolić. To najogólniej mówiąc odrzucenie cudu – od stworzenia do zbawienia. W świecie rządzonym tylko prawami natury nie ma miejsca dla Boga. Wielu z tych zacnych ludzi w Kościele zdaje się nie rozumieć tego, że ten „mały kompromis antropologiczny” musi doprowadzić do negacji Boga. W tym właśnie wyraża się ta, jak słusznie Pani zauważyła, deformacja „jakiej od wieków poddają się intelektualiści, którzy uważają, że tylko polityka, gospodarka oraz kultura (oczywiście kultura laicka) mogą mieć jakieś znaczenie i mogą zasługiwać na uwagę ze strony poważnych, patrzących realistycznie na świat osób”. Podsumowując: Rewolucja francuska, o której się mówi, że stanowi prawdziwą cezurę końca Średniowiecza, pchnęła Kościół na tory „pogodzenia się ze światem”  (z czym walczył Pius IX pisząc Syllabus i co z takim aplauzem potwierdzili sto lat później kardynałowie Suenes i Congar).
Drugi mechanizm, lepiej spetryfikowany, również  w Kościele, to gnoza, która wprost stoi na przeszkodzie „rozumowi oświeconemu wiarą”, to negacja wyrzeczenia jako drogi poznania Boga. To odrzucenia Krzyża i droga na skróty, czego przykładem jest dzisiejsza protestancka „ewangelia sukcesu” propagowana w Kościele katolickim. Tymczasem droga Kościoła, której symbolem jest Matka Boża (a Jej objawienia, jak zgrabnie Pani to nazwała, są żywą apologetyką) – to prawda, że Maryja jest odbiciem Boga, a Jej postać jest „Biblią Pauperum”. Jak można nie zrozumieć piękna Bożego zamysłu widząc Niepokalane Poczęcie?… Jest to droga pokory wobec Bożych planów, czego wyrazem jest zarówno nędza Stajenki jak i postawa Maryi na Golgocie. To nie jest pomijanie świata, jego fizyczności i jego cierpienia. Człowiek  wyposażony w rozum zdaje sobie sprawę z celu dla którego powołał go Bóg. Tym celem jest nim Miłość. Miłość, której doświadcza od momentu urodzin, którą rozumie coraz lepiej w życiu nie pozbawionym cierpienia – i ta świadomość daje mu rękojmię obecności Tego, którego szuka w świecie, jaki został mu poddany.
To właśnie wyczytuję z Pani tekstu: zamysł Boga wobec nas nie jest ani nad-fizyczny, pomijający naszą ułomność, wręcz przeciwnie pociąga niedoskonałe (szczególnie niedoskonałe) stworzenie ku Sobie. Zamysł Boga nie stawia człowieka „w centrum”, gdyż człowiek sam siebie zbawić nie może. (Stąd liturgiczna uzurpacja, chociażby, prowadzi nas istotnie na wyżyny – tyle że śmieszności).
Podkreśla Pani wagę przeświadczenia Bismarcka o randze tego co się wydarzyło w Gietrzwałdzie. Myślę, że wielu „możnych tego świata” zdaje sobie sprawę, że Tym, z którym walczą jest sam Bóg. To jest argument św. Augustyna za tym, że istnieje królestwo Boże i królestwo szatana, które toczą ze sobą walkę aż po kres dni. To co daje nam rękojmię zbawienia, wypływającą z poznania rozumem oświeconym  wiarą, to jest Jej, Maryi, w tym wypadku, gietrzwałdzka obecność. Tak, Ona przyniosła nam nadzieję wolnego kraju i daje nam zapowiedź Swojego ostatecznego zwycięstwa na świecie.
Pozdrawiam serdecznie

Wojciech Miotke

 

 

 

 

[1] G.K. Chesterton, Ortodoksja, tłum. Magdalena Sobolewska, Warszawa 2012

Możliwość komentowania jest wyłączona.