Gdy prawdę zastępuje szczerość

Musiałem się jeszcze nauczyć, że wszystkie relacje międzyludzkie kończą się cierpieniem – oto cena, jakiej nasza niedoskonałość pozwoliła Szatanowi zażądać za nasze prawo do miłości (Clive Staples Lewis,  A Grief Observed (Smutek), tłum. Jadwiga Olędzka).

A przecież istnieje Ktoś, z Kim relacje zawsze kończą się dobrze. Kończą się szczęściem, którego rozmiary nie mieszczą się nam w głowie. Szczęściem nieprzemijającym. Tak jak relacje dzieci, nawet niesfornych i zbuntowanych, z kochającymi rodzicami, jeśli te dzieci nie wyrzekną się swoich rodziców i nie odtrącą definitywnie ich miłości.

Czy nie jest tak, że wszystkie nasze nieszczęścia tu, na ziemi, są skutkiem oderwania się od rzeczywistości? Co jest tą rzeczywistością? To co istnieje. Jako nieprzemijające, wieczne, trwałe. Zawsze takie samo. Stanowi przyczynę wszystkiego co istnieje. Źródło bytu, źródło życia. Tym czymś, a raczej Kimś, jest Bóg.

Jeśli oderwiemy się od Boga, utracimy kontakt z rzeczywistością. Popełnimy najbardziej fatalny błąd naszego życia, błąd o najdalej idących konsekwencjach. Weźmiemy za rzeczywistość coś innego, niż nią jest.

Dlaczego jest tak ciężko odbudować wśród Polaków wspólnotę? Mamy pośród siebie niemałą grupę ludzi, którzy utracili kontakt z rzeczywistością. Nie są świadomi, że tak się stało. Nie przyjmują tego do wiadomości. Nie podejrzewają nawet, że przytrafiło im się to nieszczęście.

Rzeczywistość, o której jest mowa, nie jest materialna. Jak łatwo się o tym zapomina! Myślimy: skoro Bóg daje życie, sprawia że ono jest, wciąż nowe, świeże, zagadkowe, niepojęte, to sam musi być Życiem. Musi być Królem Życia! Jest więc tak jak my materialny, dotykalny, żywy, biologiczny. Musi być  s e r c e m  przyrody, królem natury, źródłem i sednem wszystkich jej sekretów, siłą sprawczą wszystkich jej mechanizmów. To fatalna pomyłka. Nawet najbardziej zagorzali obrońcy życia dziś łatwo ją popełniają. Zupełnie pomijają duchowy wymiar rzeczywistości. Ignorują Rzeczywistość. Biorąc za nią to co przemijające, kruche, nietrwałe i zmienne. Nawet jeśli to spieniony ocean, górskie pasmo, połać głazów na pustyni, wodospad w dziewiczej dżungli, nacierający lodowiec, niebo pełne gwiazd i zorza polarna, dzikie zwierzęta i ptaki. To tylko istnienia przygodne. A Bóg jest bytem koniecznym. Jest zasadą stanowiącą świat i wszelki byt. Jest Duchem. Nie dotrzemy do Niego przez środki materialne, przez zmysły i uczucia; musimy zaangażować nasze władze duchowe, wolę i rozum. Nasz byt jako ludzi stworzonych przez Boga jest materialny i duchowy zarazem.

 

Joseph Wright of Derby - Pejzaż

Joseph Wright of Derby – Pejzaż

Jeśli dziś Polacy, polski Kościół, polskie rodziny oddają się Niepokalanemu Sercu Matki Najświętszej, zgodnie z intencjami polskich biskupów, którzy uczynili to 6 czerwca w Zakopanym, w Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej na Krzeptówkach, to najważniejsze jest, by nie zapomnieli, że jest Ona Matką Boga. A o to chyba jest dziś najtrudniej. Pojęcie Boga coraz bardziej bowiem zaciera się w naszej świadomości.

Bóg nie działa wobec nas ani automatycznie, ani „naturalnie”, ale poprzez zupełnie inne i bardzo specyficzne narzędzie: łaskę. Specjalny dar, jakiego udziela, na pewnych warunkach. Nie bezpośrednio (poza rzadkimi przypadkami wielkich mistyków), ale tylko poprzez pośredników. Największym i najpotężniejszym z nich jest Maryja. Pośrednikiem jest Kościoł, kapłani, Msza św., sakramenty.

Nie mamy prawa do tego daru, do łaski Boga, gdy jesteśmy poza wiarą katolicką i jeśli popełniamy ciężki grzech. Jeśli w nim trwamy. Syn Maryi, Jezus przyszedł na ziemię, by założyć swój Kościół i w nim obdarzać nas łaską, czyli Jego mocą, byśmy byli blisko Niego. Kościół miał być nauczycielem życia tych, którzy chcieli otrzymać i zachować łaskę. Którzy zrozumieli, że „dobre życie” oznacza życie zgodne nie tylko z naturą, ale z wiarą i moralnością chrześcijańską, i w ten jedynie sposób można zasłużyć sobie na przyszłe życie z Bogiem. Nic nie dzieje się tu „samo”, niezależnie, czy „naturalnie”, jakby chcieliby poganie, animiści, czy współcześni apostaci. Kościół nie jest instytucją naturalną, ale nadprzyrodzoną.

Nie jest to ani popularna ani też specjalnie rozumiana prawda. Kościół jednak zawsze nauczał, że łaska jest niezbędna do zbawienia; ktoś, kto nie ma łaski uświęcającej, nie może mieć żadnej nadziei, że uda mu się uniknąć grzechu śmiertelnego, czyli śmierci duszy. A więc jego przyszły los jest dramatycznie zagrożony. Przerażająca wizja piekła, jaką Matka Boża obdarzyła dzieci w Fatimie sto lat temu nie została dana „tak przy okazji”, dla urozmaicenia.

Była koniecznością wobec faktu, że ludzie już sto lat temu coraz bardziej zapominali, kim jest Bóg.

Ludzie, którzy sprawiają nam w Polsce tyle cierpień, atakując na każdym kroku, w sposób pełen nienawiści i histerii, przedstawicieli polskich suwerennych władz politycznych, nasi bracia, nie są gorszymi ludźmi niż my – ale oni nie mają łaski. Są więc jak nędzarze umierający z pragnienia na pustyni. Nie wiedzą o tym, że usycha ich dusza, a wraz z nią rozum, że umierają duchowo jak rośliny pozbawione wody. Są w istocie bezbronni wobec sił, które popychają ich do złego. Nie mają sami z siebie  ż a d n y c h  środków, by skorzystać ze źródła  nadprzyrodzonego Życia, by oprzeć się sprawcy zła. A jednak Bóg ich kocha. Czeka na ich nawrócenie. Co czynią dziś ludzie Kościoła, by ludzie ci istotnie się nawrócili, by nie zasłużyli na piekło? Nie przez dzień, miesiąc, ale przez całą wieczność? Czy mówią choćby tylko: „No, no, poprawcie się, dajcie innym żyć.” Czy mówią o straszliwym wiecznym ryzyku takiego stanu? Czy mówią,   j a k  się oni mają poprawić, jakim sposobem?

To, że Bóg kocha każdego z ludzi więcej mówi o Nim niż jesteśmy w stanie zrozumieć umysłem naturalnym, nieoświeconym przez łaskę wiary. Tę trudną do pojęcia prawdę ujął niedawno koptyjski biskup Angealos, zwracając się do muzułmańskich terrorystów: Okrutne i śmiercionośne przestępstwa, które popełniacie, są obrzydliwe i budzą nienawiść, ale wy jesteście kochani. Jesteście kochani przez Boga, waszego Stwórcę, który stworzył was na swój obraz i podobieństwo i umieścił was na Ziemi, byście czynili wielkie rzeczy zgodnie z Jego planem dla całej ludzkości. Jesteście kochani przez mnie i miliony takich jak ja, nie za to, co robicie, ale za to, co możecie zrobić, jako cudowne stworzenia Boże, które zostały stworzone wraz z całą rzeczywistością. Jesteście kochani, bowiem ja i my wierzymy w nawrócenie. Tak powiedział jeden z pasterzy wspólnoty, która niedawno utraciła dwudziestu siedmiu wyznawców, wywleczonych brutalnie z autobusu przez islamistów i zamordowanych z zimną krwią, bowiem nie chcieli wyrzec się Chrystusa.

Łaska Kogoś nieskończenie większego od nas jest niezbędna, by człowiek nie żył samą naturą, z jej dzikimi instynktami, niszczącymi namiętnościami. Zazdrością, niepohamowaną żądzą, agresją, gniewem i innymi, których nie ma tu sensu wymieniać. By nie stał się ofiarą ideologii, która te namiętności pobudza i wykorzystuje. Wcale nie jest niezbędne braterstwo innych ludzi, ani tolerancja, czy neutralność wobec „inności”. Ludziom nienawróconym nie jest potrzebna nawet dobroć innych, bo dokąd są poza Kościołem, poza katolicyzmem, gardzą nią, jako przykładem słabości. Potrzebna jest łaska. Łaska, którą można wymodlić dla nich. Sakramenty i walka własnej woli toczona przeciw ciężkiej chorobie duszy. Tak, by mógł wreszcie działać w nich ich własny rozum.

 

Joseph Wright of Derby - Krajobraz z tęczą

Joseph Wright of Derby – Krajobraz z tęczą

„Pięknie brzmi, gdy się mówi: Trzeba przestrzegać naturalnej moralności, przykazań, dekalogu, unikać antykoncepcji, unikać tego i owego – ale jak ludzie będą w stanie to robić? Dobrze jest im radzić, ale trzeba też dać im skuteczne środki, a środkiem jest nasz Pan Jezus Chrystus…”, mówił tuż przed śmiercią abp Marcel Lefebvre, podsumowując stan Kościoła katolickiego zaledwie dwadzieścia lat po Soborze i zarazem opłakany stan społeczeństw europejskich, także francuskiego, w których przeważają katolicy, i gdzie tak częstym przypadkiem było już wówczas zabijanie nienarodzonych dzieci, nawet pośród ludzi należących do Kościoła, ochrzczonych.

Kim jest człowiek, który nie zna swojego ojca? Jest najbardziej okaleczonym z ludzi. Taki ktoś – kto nie poznał swojego Ojca w niebie, swojego Stwórcy i dawcy wszystkich dóbr, jakie posiada, wszystkich talentów i zdolności, oraz Tego, komu zawdzięcza szczęśliwą przyszłość, czyli zbawienie, za jakie zapłacił, wykupując nas z naszych win, na prośbę Ojca, Jego Syn – Bóg – taki zupełny ignorant, jest wiecznym nastolatkiem. „…może nawet czarującym, niemniej jednak niezrównoważonym, nieposiadającym wzorca dojrzałości. Całe życie będzie padać ofiarą własnych namiętności…”. Ale Bóg może uleczyć każdego, a Jego Matka wstawia się za wszystkimi. Ona o najgorszych zabójcach mówi „biedni grzesznicy”.

Zjawisko niedojrzalości obserwujemy dziś także wśród duchowieństwa. Tak wielu jest tu wiecznych nastolatków i niepohamowanych aktywistów. Bo też i nagradzani są dziś za „skuteczność”, „dynamiczność”, „kreatywność”, za praktykowanie „dialogu” i organizowanie „debat” albo sympozjów, na których można się zdrowo nagadać, owszem, wymienić „opinie”, a jakże, i nic, literalnie nic, z nich nie wynika.  U ludzi tego typu intelekt oraz wola „nie działa”, bowiem zostały one pozbawione celu. „Intelekt pozwala nam odkryć prawdę, natomiast wola dobro. Obecnie prawdę zastąpiła szczerość, zaś dobro stało się wytworem naszych uczuć. Można wręcz powiedzieć, że nasz intelekt oraz wola obumarły” (ks. Yves le Roux FSSPX).

 

Joseph Wright of Derby - Dovedale w blasku księżyca

Joseph Wright of Derby – Dovedale w blasku księżyca

Gdy widzimy podczas transmisji Mszy św. z Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej na Krzeptówkach (6 czerwca br. roku), jak Polacy przystępują gremialnie do Komunii na stojąco, jak dziesiątki, może ponad setka księży, sami sięgają ręką do Puszki po Komunikanty, to trudno uniknąć uczucia przygnębienia. I trudno nie zapytać: jakie jest świadectwo wiary polskiego Kościoła? Jaka jest jego kondycja duchowa?

Naprawdę, nie trzeba wiele, nie jest potrzebna żadna pompa, kosztowna oprawa, ale to minimum szacunku dla Boga, dla Syna Bożego, zwłaszcza gdy udajemy się do Serca Jego Matki, jest niezbędne. Formy są ważne, one mówią o naszym stosunku do osoby, której coś zawdzięczamy. Przecież nie mówimy per „Ty” i nie klepiemy po plecach Kogoś kto nas stworzył, kto nas trzyma przy życiu, Komu zawdzięczamy wszystko czym jesteśmy i co posiadamy i na Kogo przyjaźń i łaskawość w przyszłości liczymy tylko dlatego, że Jego Syn odkupił własną krwią wszystkie nasze grzechy, wszystkie upadki. Gdy podepczemy formy, gdy skasujemy liturgię, upraszczając ją i zmieniając bez uzasadnienia, gdy do Pana Boga będziemy podchodzić jak do kogoś równego nam, nikt już nie będzie pamiętał, Kim jest Bóg. Świadomy prawd wiary katolicyzm dawał inny przykład. Dobrze, że wie o tym syn Pani premier, ks. Tymoteusz Szydło, który odprawił w ostatnią niedzielę pierwszą swoją Mszę św. trydencką. Jakże odmienną od tej nowej, zmienionej po Soborze!

Nie, takie sprzeczności nie mogą pomieścić w umyśle normalnego człowieka. Utrata wiary to nie tylko konsekwencja „sekularyzacji”, jak się dziś często słyszy. To także nieunikniony rezultat odebrania możliwości posługiwania się zwykłym katolikom najprostszą logiką. Skoro Bóg jest wszechmogący, skoro jest Stwórcą, skoro Syna swego dał, byśmy mogli powrócić do Niego po katastrofie grzechu pierworodnego, i po kataklizmach naszych własnych grzechów, to należy Mu się najwyższa cześć, największy hołd, wyrazy największej wdzięczności. Liturgia Mszy zmienionej po Soborze nie wyraża już tego wszystkiego. Jest płaska. Jest zbudowana nie wokół ołtarza i Ofiary składanej na nim przez kapłana – ofiarnika in persona Christi, ale wokół „stołu Słowa Bożego” jak to się nazywa i wokół nieuzasadnionej świętości „ludu Bożego”, celebrowanego jakby to on był tu prawdziwym bóstwem! Wszystko zostało odwrócone, hierarchia Osób i znaczeń zniszczona. Związki przyczyn i skutków niezbędne, by umysł człowieka miał kontakt z Rzeczywistością ducha, zatarte.

W latach pięćdziesiątych, a więc jeszcze przed Soborem – bo już wtedy szerzyła się we Francji „nowoczesna liturgia”, odprawianie Mszy św. „twarzą do ludu” – wielki apologeta chrześcijaństwa, poeta i dramaturg Paul Claudel, przyjaciel Polski, pisał w tekście pt. Odwrócona Msza?

Chciałbym zaprotestować ze wszystkich mych sił przeciw praktyce, która coraz bardziej rozprzestrzenia się we Francji: żeby odprawiać Mszę twarzą do ludu. Główna zasada naszej wiary mówi, że Bóg jest najważniejszy i dobro człowieka jest tylko konsekwencją uznania i zastosowania w życiu codziennym tego podstawowego dogmatu.

Istotą Mszy Świętej jest hołd, oddawany przez nas Panu Bogu poprzez ofiarę, którą składa kapłan na Jego ołtarzu. My, jako wierni znajdujemy się za kapłanem i pozostając z nim w całkowitej jedności, idziemy ku Bogu aby złożyć mu nasze hostias et preces [ofiary i błagania – przyp. tłumacza]. Bóg nie ukazuje się nam jak obojętnej publiczności, żeby ku naszej wygodzie uczynić nas biernymi świadkami misterium, które ma się dokonać podczas Mszy św. Nowa liturgia zupełnie pozbawia chrześcijan tej ich godności i tego wzniosłego prawa, aby w pełni świadomie uczestniczyć w Najświętszej Ofierze. Lud boży nie powtarza już słów modlitw Mszy za kapłanem, nie podąża za nim (jak się słusznie mówi), a przecież to do niego kapłan zwykł się odwracać się co jakiś czas, żeby upewnić się o jego obecności, udziale i współdziałaniu w składaniu ofiary, czego podjął się w naszym imieniu. W starej Mszy św. nie ma ciekawskiej postawy ze strony wiernych, którzy patrzą na kapłana gdy ten wykonuje swoją rolę, istnieje tutaj tylko tajemnicza obecność, która czuwa nad wypełnianiem jego obowiązku. Z kolei w nowej liturgii bezbożnicy mają wszelkie szanse powodzenia, żeby przyrównać go do kuglarza, który przedstawia swój popis pośród grona uprzejmie zadziwionych ludzi.

Jest oczywistym, że w tradycyjnej liturgii znaczna część Najświętszej Ofiary, ta do głębi poruszająca, umyka wzrokowi wiernych. Nie „ucieka” ona jednak ich sercu i wierze. Dla potwierdzenia tego, podczas Ofiarowania w czasie Mszy Uroczystych, subdiakon u stóp ołtarza zakrywa twarz lewą dłonią. W tych momentach, nic się nie dzieje aby zaspokoić naszą ciekawość, jesteśmy zaproszeni wtedy raczej do modlitwy i refleksji.

We wszystkich wschodnich obrządkach cud przeistoczenia dokonuje się poza wzrokiem wiernych, za ikonostasem. Chrystus ukazuje się nam tylko, gdy kapłan pojawia się na progu Świętych Wrót, unosząc w dłoniach Hostię i Kielich. Pozostałość tej idei na długo utrwaliła się we Francji, gdzie autorzy starych modlitewników nie tłumaczyli modlitw kanonu. Ojciec Guéranger zdecydowanie zaprotestował przeciw zuchwalcom, którzy odstępowali od tej zasady.

Obecny, opłakany zwyczaj, przy uzasadnionym niepokoju, dokonał przewrotu w dawnym ceremoniale. Nie ma już ołtarza. Gdzie się teraz znajduje ta konsekrowana bryła, którą Apokalipsa porównuje z ciałem samego Chrystusa? Jest tylko jakaś wątpliwa, drewniana konstrukcja, przykryta obrusem, która boleśnie przywodzi na myśl kalwiński stół.

Oczywiście, postawiwszy wygodę wiernych na pierwszym miejscu, trzeba było ogołocić wyżej wymieniony „ołtarz” ze wszystkiego co tylko można, co na nim przeszkadzało, nie tylko ze świec i wazonów z kwiatami, ale również z samego tabernakulum! I krucyfiksu! Kapłan odprawia Mszę w pustkę. Kiedy wypowiada słowa sursum corda, to zaprasza swój lud do podniesienia serc i oczu, ale w kierunku czego właściwie…? Nie ma już ponad nami nic, co mogłoby służyć jako nieboskłon Chrystusowi zstępującemu w momencie przeistoczenia na ołtarz jak wschodzące słońce. Ołtarz nie jest już przygotowany na Jego przyjście. A jeśli zachowamy, przy wszystkich tych zmianach, świeczniki i kwiaty, lud będzie jeszcze bardziej wyłączony, ponieważ w ten sposób nie tylko ceremonia, ale i kapłan jest przed nim całkowicie ukryty.

Zgodziłbym się, choć z największym smutkiem, na Mszę w formie przypominającej ostatnią wieczerzę, ponieważ wydawać by się mogło, że od tłumu nie można wymagać już jakiegokolwiek wysiłku duchowego i że koniecznym jest przekazanie mu najdostojniejszych Misteriów w taki właśnie sposób, ale wtedy trzeba by zmienić cały rytuał. Czym są owe: Dominus vobiscum, Orate fratres wypowiadane przez kapłana odseparowanego od swojego ludu, który nic od niego nie oczekuje, żadnego wysiłku. Co oznaczają te przepiękne szaty naszych ambasadorów przed Bogiem, których posyłamy ku Niemu? A nasze kościoły, czy można je zostawić wobec tego w takim stanie w jakim są? (tłum. z francuskiego Józef Pałkiewicz).

Te gorzkie słowa padły dawno temu, gdy w Kościele jeszcze królowala łacina, gdy „duch Soboru” nie wymiótł ze Mszy św. większości elementów decydujących o jej katolickim charakterze i nie przypominała ona tak bardzo, jak ta dzisiejsza, protestanckiego nabożeństwa. Co Claudel rzekłby teraz?

Josef Ratzinger jako szef Kongregacji Wiary dostrzegał niebezpieczeństwo i skutki zmienionej w wyniku Soboru liturgii. Nieraz powtarzał, że „kryzys wstrząsający Kościołem od około pięćdziesięciu lat, a przede wszystkim po Soborze Watykańskim II, wiąże się z kryzysem liturgii, a zatem z nieposzanowaniem, desakralizacją i horyzontalizacją istotnych elementów kultu Bożego” (przypomniał to kard. Robert Sarah). Mówił o wyraźnym, lekceważonym przez entuzjastów „nowej ewangelizacji” związku kryzysu i „rozkładu liturgii”, jak nie wahał określać się ową niefrasobliwość podczas „nowej Mszy”. Czas, by polscy hierarchowie wyciągnęli wnioski z tej sytuacji, bo dostrzegli to, co dostrzegają gołym okiem tysiące katolików: brzydotę, chaos i rażące niekonsekwencje, nielogiczności w sprawowaniu kultu Boga, którego czystości mają obowiązek strzec.

 

Joseph Wright of Derby - Grota o poranku

Joseph Wright of Derby – Grota o poranku

Jakże symboliczne było zignorowanie przez uczestników uroczystości na Krzeptówkach (duchownych i świeckich!) hołdu złożonego Matce Bożej tego wieczoru, po Mszy św., w niezwykłej w swym klasycznym pięknie i czystości brzmienia Kantacie Totus Tuus przez artystów, Jakuba Milewskiego (kompozytora i dyrygenta) i Jerzego Binkowskiego (poetę, autora libretta). Koncert odbył się pod gołym niebem przy opustoszałej widowni, jakby nikogo nie interesowało, co dusza ludzka chce wyśpiewać Sercu Matki Boga w takim dniu. A był to rzadki przykład współczesnej sztuki sakralnej, dedykowanej Matce Bożej, na najwyższym poziomie, unikalny wobec zalewu religijnego kiczu, z jakim mamy na codzień do czynienia.

Była pora kolacji. Prawie wszyscy w pośpiechu  się rozpierzchli. 

Gdy obumiera liturgia Kościoła także i kultura katolicka nie ma prawa istnienia. Jest odrzucana, nie rozumiana, zbędna. ______________

Czytelników zachęcam do wysłuchania fragmentu Kantaty

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.