Gdy już się nogi plątać zaczynały

 

Anna z Działyńskich Potocka(1845  – 1926), wychowana w pałacu Działyńskich w Kórniku pod Poznaniem, przez większą część swojego długiego życia była zapracowaną matką dziewięciorga dzieci (dwoje z nich zmarło we wczesnym dzieciństwie). 

Anna Potocka z córką Marią

Anna Potocka z córką Marią

Wcześniej była rozbrykanym, nieznośnym, źle zapowiadającym się dzieckiem, potem upartą panienką z głową nabitą fantazjami, z bujną wyobraźnią, przekorną, nadmiernie uczuciową i niesłychanie rozrzutną w dawaniu jałmużny ubogim.W dodatku uczyły ją w domu niefortunnie dobrane, nie mające pojęcia o wychowaniu, ale pełne pretensji nauczycielki (Polka i Angielka). 

Pierwsza jej opiekunka, przyjaciółka matki, odznaczała się całkowitym odrealnieniem oraz przesadną i bardzo dziwaczną dewocją. 

„Była to osoba”, wspomina Anna w „Moim Pamiętniku” (dyskretnie przemilczając jej nazwisko), „trzymająca się arystokratycznych pojęć do najwyższego dziwactwa. Obchodził ją niesłychanie zewnętrzny pozór domu, służby, itd. Żaden furman i żaden służący nie wyglądał nigdy dosyć comme il faut”. W związku z tym mała Anna miała zakaz rozmawiania ze służącymi – łamała go, zwłaszcza w chwilach swoich dziecięcych chorób, gdy widziała serdeczne współczucie i ludzkie ciepło służących. 

Pierwsza opiekunka uważala, że małe dziecko powinno jak najczęściej przebywać w kościele oraz być karmione wyłącznie religijnymi książkami i opowieściami. Ten przesyt treści pobożnych, podawanych w sposób oschły, których Anna w wieku kilku lat najczęściej zwyczajnie nie rozumiała, miewał zaskakujące rezultaty. Oto Anna zmuszana, by myśleć ciągle o swoim „Aniołku Stróżu”, którego pokazywano jej na obrazku, idąc na spacer ze swoją boną, starała się możliwie często gwałtownie  odwracać się, by  przyłapać go…  Do kościoła natomiast chodziła ze swoją opiekunką bardzo chętnie, ale nikt nie domyśliłby się, że jej zapał brał się z zamiłowania do prowadzenia naukowych obserwacji księdza Prabuckiego, poznańskiej sławy kaznodziejskiej.  „…dziwili się wszyscy pobożności mojej”, wspomina Anna. „Ksiądz Prabucki miał bardzo ruchomą skórę na czaszce i ciągle nią ruszał mówiąc, tak, że początek włosów nieraz nad samymi znajdował się brwiami, to znowu, jak czoło rozmarszczył, o całą rękę w tył się unosił…”

Stanisław Potocki, mąż Autorki "Pamiętnika..."

Stanisław Potocki, mąż Autorki „Pamiętnika…”

Będąc już  sama doświadczoną matką i spisując  swoje wspomnienia – przeznaczone dla dzieci i wnuków – Anna przestrzegała je, by nigdy własnych dzieci nie przesycały treściami, które żadne dziecko w tak wielkim nagromadzeniu nie jest w stanie przyjąć i bywa to niezawodnym sposobem osiągnięcia  przyszłego chłodu religijnego. Rodzice – Celestyna i Tytus Działyńscy – dość późno wykryli błędy wychowawcze niefortunnych, choć pełnych dobrej woli, opiekunek.  „Pamiętam”, wspomina Anna, „że kiedy w parę tygodni po ślubie Matka mego Męża dała mi książeczkę przez św. Franciszka Salezego pisaną, >Filoteę<, wyrwał mi się mimowolnie okrzyk: >Ach, ja nienawidzę św. Franciszka Salezego!<. Zawstydziłam się mojej prawdomówności; a Matka z całą swą łagodnością zaczęła badać przyczyny tego wstrętu, z którego sama nie zdawałam sobie sprawy; pokazało się, że panna R., ile razy chciała na mnie gderać, zawsze podpierała swoje gderanie jakąś cytatą św. Franciszka!”

Wybawieniem dla nastoletniej Anny okazała się katolicka szkoła, gdzie za wychowanie i wykształcenie Anny wzięły się  wyrozumiałe, mądre, urocze i pogodne siostry Sacre `Coeur. 

Trzeba dodać, że Kórnik Działyńskich – choć w tym wypadku nie zabłysnął mądrością wychowawczą, przynajmniej przez pierwsze lata życia Anny – był miejscem bardzo specjalnym. Anna zawsze wspominała z czułością nie tylko swoich niezwykłych rodziców, ludzi szerokich horyzontów intelektualnych, wielu zamiłowań naukowych, znawców historii, ale całą atmosferę tętniącego życiem polskim pałacu.  Była to, w twardej rzeczywistości pruskiego zaboru, prawdziwa oaza patriotycznej kultury, przebogate muzeum sztuki i miejsce rozległych prywatnych studiów historycznych.

Tytus Działyński, ojciec Anny pragnął podarować swoją ogromną bibliotekę – a także pałac – narodowi. Pragnienie to przekazał synowi Janowi, swemu spadkobiercy. Jego wolę  wypełnił – już w wolnej Polsce – wnuk Tytusa, Władysław Zamoyski, ostatni właściciel dóbr kórnickich i zakopiańskich.*)

Siostra Tytusa Działyńskiego, Klaudyna, cały majątek przeznaczyła na rzecz powstańców listopadowych przebywających na emigracji. Adam Mickiewicz zadedykował tej pięknej pani III część „Dziadów”. 

Teodor Axentowicz - Lirnik i dziewczyna

Teodor Axentowicz – Lirnik i dziewczyna

Po wyjściu za mąż Anna zamieszkała w Galicji, gdzie plagą był powszechny głód na wsi. Była II połowa XIX wieku. Spadkobierczyni historycznego nazwiska, niezmiernie zasłużonego dla Polski rodu, poślubiła człowieka, który oprócz nazwiska nie miał dosłownie nic. Cały jego majątek został skonfiskowany za udział w Powstaniu Styczniowym. Stanisław Potocki, wnuk niesławnej pamięci targowiczanina, Szczęsnego Potockiego, uczynił ideą przewodnią swojego życia odkupienie ofiarną pracą dla Polski grzechu dziada.

Po ślubie z Anną były powstaniec prowadził na ogromną skalę pracę społeczną na rzecz włościan mieszkających na terenie majątków, które wraz z żoną objął. 

Arystokratyczne pochodzenie nie uchroniło małżonków Potockich przed materialnym ubóstwem. Gdy Anna, po kilkunastu latach małżeństwa, została wdową –  siedmioro dzieci Potockich było jeszcze w domu, odbierając domową edukację – borykała się z jeszcze większą biedą. Niedojadała nieraz przez całe miesiące. 

Dom małżonków Potockich, a potem samej już Anny, był przez cały ten czas istną fabryką pomysłów i nietypowych rozwiązań, wyprzedzających harcerski sposób myślenia (gdy już nic nie da się zrobić, wtedy zaczynamy od innej strony, pojęcie kwadratury koła dla nas nie istnieje), których celem było niesienie pomocy tym, którym jest jeszcze ciężej. Oryginalność tych inicjatyw sprawiała, że ich autorom przypisywano zamiary nieraz zupełnie szalone. Zawsze jednak szlachetność zamysłu łączyła się tu z praktyczną mądrością, wyczuciem realiów oraz konsekwentnym stylem wprowadzania ich życie. Począwszy od zakładania przez Potockich kas zapomogowych, chrześcijańskich sklepów, pomocy gospodarczej dla wsi (m.in. upowszechniania rzadkich odmian zbóż, roślin uprawnych i leczniczych, dostosowanych do górskiego klimatu i ubogiej gleby, których nasiona sprowadzano m.in. z Kanady), rozległego systemu opieki medycznej na wsiach (zwłaszcza w czasie epidemii), pomocy rodzicom chłopskim w wychowaniu dzieci w wierze katolickiej i doprowadzania ich do sakramentów… Aż po ufundowanie rzemieślniczej szkoły rzeźbiarskiej dla młodych górali z okolic Rymanowa. 

„Zgłaszali się chłopcy zasłyszawszy o szkółce…” 

„… i z dalszych okolic powiatu”, wspomina Anna. „Odebrałam raz list od takiego kandydata, który dla oryginalnej treści przytaczam: Szanowna Pani! Mam niezłomny zamiar wstąpienia do braci rzeźbiarskiej. Mam talent. Zrobiłem Matkę Boską i świętego Franciszka i wszyscy mówią, że są bardzo podobni!” 

Zadaniem szkółki było umożliwienie góralskim chłopcom choćby skromnego zarobku, a zarazem zorganizowanie praktycznego zajęcia w czasie pasienia bydła, czy w zimowe wieczory. Potoccy chcieli im także umożliwić codzienny kontakt z dworem, gdzie mogli zakosztować innej kultury. Podkształceni, pewni swych umiejętności młodzi górale zabierali potem rozpoczęte prace do własnych domów… 

”Otóż pierwszą robotą były ramki składane”, pisze Anna Potocka, „ z narożnikami jak najprostszymi; potem przychodziły takie same ramki korowane z paru listeczkami u góry, najpierw jak bez lub brzoza, potem listki dębowe trudniejsze…Było to niesłychaną zachętą, że te pierwsze roboty już po kilku dniach zarobek przynosiły. Chłopcy lepiej wyuczeni zarabiali u nas miesięcznie 5,8 do 15 reńskich! To przecie bajeczny był na owe czasy zarobek!… Szkółka ta ożywiała cały dom. Chłopcy byli przemili, wdzięczni, szczerzy, weseli. Dla mego Męża nie było większej przyjemności, jak zasiąść razem z nimi wieczorami do roboty, coś im kształcącego opowiadać, albo w ogrodzie bawić się z nimi ucząc zręczności, razem z własnymi chłopcami, albo iść z nimi do lasu w góry na spacer. Złote serce Stasia rozpływało się z radości patrząc na tę młodzież zgrabną, wesołą, widząc ich śliczne roboty, słuchając ich śpiewu. Gdy leżał sparaliżowany i z trudnością mówił, a zaczęła do niego zjeżdżać rodzina, pierwsze słowa po przywitaniu były: A byliście w szkółce? A widzieliście Matkę Boską? Wtedy modelowała się Matka Boska dziś stojąca nad źródłem) (…) Niejaki Wanio Kawka z Polan, który dziś jest pierwszym artystą do rzeźby ornamentalnej w kamieniu i restauruje Kaplicę Zygmuntowską na Wawelu, przyszedł malutki prosić o przyjęcie, miał może z dziesięć lat. Leżałam chora w łóżku. Gdy go wprowadzili do mego pokoju, zamiast podejść do mnie, zatrzymał się przed obrazem szkoły włoskiej i długo patrzał, kiwając głową i coś sobie pod noskiem mrucząc, potem dopiero przypomniał sobie, że ma do mnie interes”. 

skanuj0006

Przy  szerokich horyzontach umysłowych, wrażliwym sercu, zmyśle obserwacji, wrodzone poczucie sprawiedliwości Stanisława Potockiego pozwalało mu mieć zawsze hojny gest wobec ludzi o marnej kondycji majątkowej. Ale liczyła się przede wszystkim myśl. Stanisław nie kierował się emocjami, wiedział, jak wielką krzywdę można wyrządzić pozorną dobroczynnością. Był też świadom, jak wielu ludzi zadowala się gestami na pokaz. „Grube jałmużny dają, a będą się targować do upadłego o marne kilka centów za pracę ludzką, czy to z szwaczką biedną, czy z przemysłowcem sprzedającym swój wyrób. Znajdował, że wynagradzać za pracę tyle, ile istotnie jest warta, nie skąpiąc, jest ważniejszem, jak dawać tym, co bez pracy żebrzą.” Stanisław wiedział, że przede wszystkim trzeba się strzec najdrobniejszej nawet niesprawiedliwości wobec pracowników majątku.

Zawsze przestrzegał oficjalistów: Wszystko zawsze daruję, jak żeby kto w moim imieniu  świństwo zrobił…”.   

Małżonkowie Potoccy zorganizowali także nieformalną szkołę dziewczętom wiejskim, ucząc je sztuki haftu i koronkarstwa, dostarczając m.in. materiałów, wysokiej wartości artystycznej wzorów, pozwalając zdobyć warsztat i zabezpieczając zbyt ich prac. Byli szczęśliwi, gdy widzieli jak szybko rozwijają się ich wrodzone zdolności . 

„Talenta były ogromne… Do każdej z tych robót ochota była niesłychana, nastarczyć było niepodobna z rysowaniem, krajaniem, odbieraniem roboty, tak się garnęli, tak chłopcy jak i dziewczęta. A talenta i spryt taki, że zda mi się, że niema tej rzeczy, którejbym się nie podjęła nauczyć dzieci wiejskie w Rymanowie” [pisownia oryginalna – EPP]. 

Małżonkowie Potoccy nikim się nie wyręczali w swojej działalności, choć mieli do pomocy różne osoby –  włączały się w nią także ich dzieci. Byli pasjonatami, a przecież i utrzymanie majątku (najpierw w Oleszycach, potem w Rymanowie), zapewnienie godziwego bytu szybko powiększającej się rodzinie, wykształcenia siedmiorga własnych dzieci –  w domu, potem w szkołach – wymagało nie lada wysiłku.  Dzielili się w tej pasji społecznej, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, według ról męskich i kobiecych. 

 

Teodor Axentowicz - Powodzianie

Teodor Axentowicz – Powodzianie

„Moją jałmużną było leczenie chorych i uczenie ludu przemysłu domowego w różnych kierunkach, dostarczanie roboty tym, co jej nie mieli, dostarczanie gazet i książek, dla podniesienia poziomu ich inteligencji i moralności. Stasia miłosierdziem było zakładanie towarzystw zaliczkowych podług Schulzego z Delitsch, zakładanie sklepików chrześcijańskich i towarzystw zarobkowych rzemieślniczych. Miłosierdziem – jeżeli takie imię temu dać można – było dla nas obojga używać tylko swoich miejscowych rzemieślników w zakładzie [przez pewien czas Potoccy prowadzili uzdrowisko w Rymanowie zwane „zakładem”], by ich kształcić i bogacić. Miłosierdziem było ratowanie w czasie cholery, gotowanie zupy pożywnej w czasie głodu”. 

Unikali bezpośredniej pomocy materialnej. Chcieli, by ludzie stawali o własnych siłach na nogach. 

„… jałmużnę uważaliśmy za najpodlejszą z form miłosierdzia czy miłości chrześcijańskiej. Self help (…) było naszym hasłem przez całe życie; uważaliśmy, że jałmużna bezmyślnie dana, to patent na próżniactwo ze strony dającego, bo łatwiej dać kilka szóstek i mieć święty spokój, niż wejść w przyczynę tej nędzy, obmyśleć dla niej wyjście, dać lub wskazać robotę, polecić, zasięgnąć informacji, przeprowadzić korespondencję w czyjejś sprawie. A biorącego jałmużnę poniża to, rozleniwia, uniemoralnia”. 

Czy w związku ze swym społecznym  zaangażowaniem Potoccy cieszyli się uznaniem? Przeciwnie – jak to zresztą często bywa w przypadku ludzi, którzy w jakiejś dziedzinie przewyższają swoje otoczenie. Ich szczerość, pasja, styl życia, tak odległy od typowego życia przedstawicieli ich sfery, poddawany był złośliwym komentarzom. Nawet własne środowisko uważało ich za ekscentryków, dziwaków i odszczepieńców. Wypominano im wydatki na cele społeczne rzekomo ponad stan. Banki potrafiły odmówić, gdy Stanisław chciał zaciągnąć pożyczkę małoprocentową na spłacenie długów, pod pretekstem szeroko znanej rzekomej rozrzutności właściciela Rymanowa. („Mówią, że Pan robisz wydatki nadzwyczajne. Gmach dla szkoły rzeźbiarskiej miał kosztować Pana 60 000 złr [złotych reńskich], przyjęcie nuncjusza 12.000!”). 

Potoccy angażując się coraz mocniej w swoje społeczne dzieła, stali się środowiskową ofiarą zazdrości, plotek i wszelkiego rodzaju zniesławień. 

Ale postawa Anny i Stanisława była niezmienna. Wynikała z przyjęcia założenia: skoro Bóg obdarzył ich majątkiem, choć niezbyt wielkim i stale zagrożonym,  to zobowiązał ich także do opieki nad tymi, którzy żyją obok nich i źle się mają. Bo ubodzy – z prawa Bożego – podlegają ochronie przez właścicieli dóbr. Bo dobra te są przecież Jego darem! Taka była żelazna logika ich rozumowania oparta na wierze, którą wyznawali. „Mój Boże!”, komentuje w swym Pamiętniku Anna Potocka, „ludzie pobłażliwie patrzą, jak kto grosz wydaje na karty, na szampany, na przyjęcia, na polowania, na podróże, na toalety i inne przyjemności…, a kole ich w oczy, jak kto odmawiając sobie tego wszystkiego i w ogóle od ust sobie odejmując uciechę znajduje – jak my wówczas – dając chleb do ręki, podnosząc z nędzy i ciemnoty trochę młodzieży z dóbr swoich”. 

Wiele zasobów Potockich poszło na ratunek dla tych, co są w nagłej potrzebie. A wtedy – tak jak i dziś – klimat i żywioły nie rozpieszczały nikogo z mieszkańców wsi. „To też czy myszy, czy grad, czy posucha plony zniszczyły, czy powódź zabrała, czy ogień spalił, wszystkie te Boże dopusty szły na konto rozrzutności miłosiernej! Boże, cośmy się na tem nacierpieli…”. 

 „Byłam w niemałych opałach!”

Motywacją do wszystkich społecznych działań była dla nich obojga wiara. Słynne przyjęcie dla nuncjusza było tu znamienną manifestacją. Naturalnie, jego koszt był nieporównanie mniejszy niż naliczyły to rozmiłowane w plotkach paniusie w Krakowie i Lwowie – Anna Potocka znana była szeroko ze swoich szaleństw. Doszło zaś do niego tylko z tego powodu, że Stanisław poproszony został przez księdza rektora ze Starej Wsi – gdzie koronowana była właśnie Matka Boska Cudowna – o odwiezienie  msr. Jakobiniego, nuncjusza apostolskiego, na stację kolejową do Zagórza.

Temu zaszczytowi w żaden sposób nie można było odmówić, choć w skromnym dworze Potockich brakowało niezbędnych akcesoriów podróżnych o bardziej reprezentacyjnym charakterze.

„O konie było pół biedy, bo choć własnego chowu, były one zawsze ładne (to już słabością Stasia było); ale powóz, ale ludzie bez liberii!” Od czegóż jednak talent organizacyjny i werwa Anny Potockiej? „Gwałt po krawca, tapicera, czapnika, dzień i noc pracowano i ekwipaż odświeżony nad podziw, służący i furman w sfastrygowanych płaszczach nowych, wyruszyli z fantazją wielką. Ale ja byłam w niemałych opałach! Skoro Staś nuncjusza o 6-tej rano brał po kawie, toć w Zagórzu wypadało mu dać śniadanie lub obiad; to było oczywiste. Ale nie było w spiżarni nic lepszego, prócz jeden sarniej łopatki i to jeszcze przedniej!”

Niestety, inwentarz domowy był zdziesiątkowany, polowanie, które Anna w trybie awaryjnym zarządziła, nie udało się…A tu na przyjęcie – skoro sytuacja do niego skłaniała –  wypadało zaprosić nie tylko nuncjusza, ale i całą szlachtę sanocką, która „jak jeden mąż miała się stawić na dworcu na pożegnanie nuncjusza…”

”W paroksyzmie rozpaczy posłałam ich [leśnych] strzelać wróble na stodole…To polowanie się udało. „Więc piękny pasztet z ciasta francuskiego zawierał w farszu z sarniej łopatki i wątróbki pół kopy wróbli i moc kaczek, ze swojskich na dzikie przerobionych, i stanowił najozdobniejszą część śniadania. Auszpiki drugą, wreszcie polędwice, indyki itp. Pojechałam z tem wszystkiem, skubiąc po drodze w powozie wróble, indyki i kaczki”. 

Juliusz Brandt - Powrót z polowania

Juliusz Brandt – Powrót z polowania

Uroczystość była okazała, choć bezpretensjonalna. Korona Matki Boskiej Cudownej wykonana została przez młodych górali w szkółce rzeźbiarskiej Potockich. Panowie pojawili się w tradycyjnych szlacheckich kontuszach, panie w eleganckich sukniach. „To też nic bardziej nie było malowniczego, jak pochód pań tych z panami do kościoła. Miałam kompletny strój żuława papieskiego, darowany mi po siostrzeńcach Grudzińskich; ubrałam w niego syna Józia, który miał wtedy około 12 lat, on też w tym stroju służył jako paź nuncjuszowi cały czas ceremonii, co ogromnie nuncjusza ucieszyło i rozrzewniło, pamięcią Mentany i Castelfidardo…”

Na zakończenie Anna, z wrodzoną sobie fantazją, zaprosiła odjeżdżającego msr. Jacobiniego „na koronację króla polskiego, co jego i całe otoczenie wprawiło w wielki animusz”.

W roku 1870 Anna Potocka zdobyła się na jeszcze jeden gest, który zapewne – gdyby został upubliczniony – wprawiłby w niemałe zdumienie ówczesną opinię. W największej dyskrecji ofiarowała swój majątek Oleszyce, wraz z zabytkowym dworkiem, Ojcu świętemu Piusowi IX, przyszłemu błogosławionemu. 

Dar dla bezdomnego Papieża 

Rok 1870. We Włoszech trwała rewolucja o masońsko – socjalistycznej inspiracji. Wojska króla Wiktora Emanuela zajęły  Rzym i bezpieczeństwo Ojca Świętego w Watykanie – bronionego dotąd przez żuławów – stanęło pod znakiem zapytania. Pius IX stał się więźniem Watykanu. Jak wspominają dzieci Anny Potockiej, właśnie wtedy ofiarowała ona  Ojcu św. swój dom w Oleszycach, „z największą pokora i miłością dziecięcą, na mieszkanie”. Był to jej rodzinny majątek.  W napisanym po francusku liście do Piusa IX  zaznaczała, że „ponieważ papież jest zastępcą Chrystusa Pana, który narodził się w stajence, dlatego ośmiela się ofiarować mu dom swój. Św. Piotr przyjął mieszkanie w domu Pudensa, który stał się kolebką chrześcijaństwa w Rzymie. Błaga Ojca św. o zamieszkanie w Polsce, wśród wiernego Kościołowi ludu, gdzie mu włos z głowy nie spadnie, a miłość powszechna otaczać będzie. Tłumaczy, że ziemia św. Stanisława, Jacka, Stanisława Kostki, Jana Kantego, Jozafata, Jana z Dukli, ziemia tylu świętych męczenników za Wiarę najstosowniejszą będzie na schronienie dla prześladowanego namiestnika umęczonego Pana. Ofiarowuje myśliwski zameczek Jana Sobieskiego w Oleszycach, gdzie (jak pisze) otaczające go prastare drzewa sadzone ręką tego króla szmerem swoim opowiadają o świetności dawnej Polski, o jej bojach i znojach w obronie chrześcijaństwa przeciw dzikim hordom, o przywiązaniu do Wiary św., Kościoła i papieży”.

W uprzejmej odpowiedzi, jaką otrzymała 26 listopada 1870 roku, Sekretarz Piusa IX, Karol Nocella, dziękuje w imieniu Ojca św., prosi o modlitwę i udziela apostolskiego błogosławieństwa „Najdostojniejszej Pani i Szlachetnej Niewieście”. Zauważa wyjątkową postawę Polaków wierności Kościołowi, która ich wyróżnia na tle innych katolickich narodów: „… W owem współzawodnictwie czci katolików błyszczy również ludu polskiego przywiązanie i miłość…” 

Bilet do  „przedsionków wiekuistych” 

Czy istotnie, ludzie o takich koneksjach, właściciele ziemscy, spadkobiercy historycznych siedzib głów koronowanych, mogli kiedykolwiek głodować? Anna Potocka odpowiada na to pytanie twierdząco. Głodowali, bo priorytetem dla nich było uczciwe wywiązywanie się ze zobowiązań wobec innych ludzi, nie zaś pełna miska. A na co dzień żyli po prostu skromnie. Córki Anny Potockiej, dziewczynki subtelne i  urodziwe, nie znały znaczenia słowa „biżuteria” – część ustosunkowanej rodziny miała pretensje do matki, że przesadnie strzegła je od próżności.  Ona sama zaś ubierała się w rzeczy wielokrotnie cerowane i sztukowane. Czy jednak można było posądzać ją o egzaltowaną przesadę w wyrzeczeniach? Czy może był to zmysł zupełnie innego rodzaju ekonomii? Anna po śmierci męża często wracała do jego wyostrzonego poczucia sprawiedliwości Stanisława Potockiego, które zawsze wprawiało ją w zachwyt. Po jego śmierci bardzo brakowało jej  mężczyzny, który był unikalnym zjawiskiem w jej otoczeniu, „tak odrębny, tak inaczej czujący…”.

Teodor Axentowicz - Czytająca

Teodor Axentowicz – Czytająca

„Zdawało mi się, że to ja wyśniłam sobie ten typ w mojej biednej, skołatanej głowie”. 

W późniejszym wieku Anna Potocka zastanawiała się wiele razy nad sensem tego dzieła, które razem stworzyli. Oto jej wnioski: 

 „Tak się przejęłam jego sposobem myślenia, że w naszych strasznych chwilach materialnych braków i klęsk, gdy dochodziło do tego, że zalegała komuś zapłata pracy, pensja itp., to już do czasu zapłacenia jedliśmy tylko suchy chleb oboje, boć słusznie było, abyśmy cierpieli sami, jeżeli ktoś brak cierpiał z naszego powodu. W takim wypadku godziło się odejmować sobie od ust, w literalnym znaczeniu. Była to zarazem z naszej strony modlitwa, obostrzona postem, na ubłaganie pomocy od Boga. Nie chybiała też. Zawsze cudowna opatrzność Boża zsyłała coś, gdy się już nogi plątać zaczynały!” 

Opis niezliczonych cudownych interwencji, z których niektóre przypominają wręcz fantastyczną baśń, znaleźć można na wielu kartach tych malowniczych wspomnień, pisanych pełną uroku polszczyzną, z werwą i ogromnym poczuciem humoru, nie bez autoironii i z typowo kobiecym realizmem, pełnym kolorów i smaków. Dama o czułym sercu i mężna matrona zarazem opowiada o życiu bardzo skromnym, a jednak bogatym i niezwykle szczęśliwym.

Bo w rękach tych, którzy potrafią się dzielić dobrami duchowymi i materialnymi, Bóg nieustannie te majętności pomnaża. 

Anna Potocka nigdy się nie skarżyła na uciążliwości swego losu. Wszystko, co przeżyła napełniało ją dumą i radością.

„Jestem dziś bez grosza na starość”, pisze pod koniec życia, ”skazana na pracę dwojga chorych rąk i osłabionych oczu, a nie chciałabym odebrać jednego szeląga z tego, co kiedykolwiek dałam, bo…może ten grosz >odnajdę w niebiosach<. Jedyny to mój bilet wstępu do przedsionków wiekuistych”. 

Kiedy po odzyskaniu niepodległości przez Rzeczypospolitą Anna miała okazję z dużym zyskiem sprzedać dobra rymanowskie, jak wspomina jej prawnuk, Andrzej Potocki, „i żyć w dostatku, wybrała skromny żywot, by nie pozbawiać swoich dzieci ojcowizny. Nie majątku, bo tego można było kupić jeszcze więcej, może nawet w lepszym miejscu w Galicji, ale zapamiętanych z dzieciństwa krajobrazów: Rymanowa z dominującą nad miasteczkiem kościelną wieżą, źródełka wody, wokół którego wyrastał Zdrój, skalistych brzegów Wisłoka w Rudawce Rymanowskiej, gromady wiejskich dzieciaków uczących się w rzeźby w przydworskiej szkółce, Drogi Krzyżowej na Kalwarię….” 

Takich postaci znały więcej ziemie Kongresówki i kresowe krainy Rzeczypospolitej. Kobiety polskie szły za wzorem Matki Najświętszej. Niezłomne w obronie wiary, niezwykle pomysłowe w niesieniu pomocy najbiedniejszym i najbardziej pomocy spragnionym.  Mogły być tylko damami, zostawały bohaterkami. 

W „Pamiętniku…” Anny Potockiej jest wiele wspomnień dotyczących sąsiedztwa, przyjaciół i krewnych, w których domach kwitła katolicka kultura promieniująca na całe otoczenia, nadająca także życiu wsi inny wymiar , wymiar chrześcijański i przekonująca, że służba drugim jest największym szczęciem człowieka na ziemi. Oto jeden z obrazków z ziemi sanockiej:

„Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakiego doznałam, przyjechawszy w te strony, za pierwszą moją wizytą u Łukasiewiczów w Chorchówce. Były to czasy świetności tego dworu i Bóg

Jan Stanisławski - Tęcza

Jan Stanisławski – Tęcza

pobłogosławił tłustością ziemi  trzem pionierom przemysłu naftowego, panom Łukasiewiczowi, przezacnemu Tytusowi Trzecieskiemu i Klobasie. W podziękę wznosić się już zaczynały ku niebu wieże i mury pięknego kościoła zręcińskiego (parafii dwóch pierwszych wspólników). Łukasiewiczom Bóg nie dał dzieci; przechodząc przez pokój jadalny, zdziwiona byłam ilością nakryć w domu pary bezdzietnej i myślałam, że trafiłam na jakąś recepcję. Ale gdyśmy zasiedli do podwieczorku, przekonałam się, że to tylko miejsca dla domowych i stałych gości, którzy powoli schodzić się zaczęli. Pierwszego wprowadziło dwóch ludzi, weterana kalekę o siwych włosach i szlachetnej, pięknej postaci i twarzy, ofiarę pastwień cytadeli warszawskiej. Za nim weszło kilku innych weteranów [uczestników Powstania Styczniowego], a dalej, jak dla kontrastu, młódź hoża i dziarska, pyrzybyła z różnych uniwersytetów i szkół fachowych zagranicznych na wakacje do Łukasiewiczów, którzy nie dość, że licznej młodzieży włościańskiej dostarczali środków do kształcenia się, ale garnęli ich do siebie, prawdziwie jak do rodzinnego domu. Toteż wśród tego grona prócz czci i wdzięczności panowała synowska poufałość. Niedługo ożywiła się rozmowa, rozpoczęly dyskusje; ojciec Łukasiewicz (bo inaczej go w okolicy nie zwano) dawał młodym się wygadać, od czasu do czasu tylko z dobrotliwym uśmiechem doświadczeniem i radą hamując zbyt wybujałe porywy. Nalewała nam herbaty, w kwiecie młodości i urody, ukochana jak córka własna, przygarnięta sierota, panna Antoniewicz (później Drowa Humieniecka). Wszystko to razem stanowiło cechę prawdziwego dworu polskiego i wdzięk nieopisany! Gospodarz krótko z nami bawił, jak mało kto, i to w najrozmaitszych kierunkach: destylarnia, kopalnia, sprawy poselskie, rada powiatowa, sprawy społeczne, rozrywały formalnie tego pracowitego człowieka. Pani domu znów rozgadała się z nami o wszystkim, co treść jej czynnego życia wypełniało po brzegi: o szkole, którą budowała, o różnych potrzebach ludu, na które szukała zarady, o przemyśle koronczarskim, który wtedy sama próbowała wprowadzić do kraju i którego potem okazy, godne pajęczych tkanek zachwycały widzów na wystawach. O, nie dziesięcinę w tym dworze dawano na cele pobożne, społeczne, dobroczynne; dawano z dnia na dzień, co Bóg dawał, bez miary! Dawano więcej, bo duszę i serce w to kładziono i czas i ostatek sił”.

Gospodyni tego dworu, Honorata ze Stacherskich Łukasiewiczowa, niedługo potem owdowiała. Anna Potocka spotkała ją nieoczekiwanie po latach w krakowskim kościele mariackim.  „Uklękłyśmy obie obok siebie u stóp cudownego Pana Jezusa za krzyżu u Panny Marji, szukając obie pociechy tam, gdzie  jej jedynie zaczerpnąć można, obie zakryte welonami wdowiemi…”

Odżyła dawna przyjażń, Anna odkrywała jakby nową osobę. „Nie była to już bogata pani chorchowiecka, sypiąca złoto garściami…”. Autorka „Pamiętnika…” patrząc na ewangeliczne ubóstwo, w jakim żyła ta, która „w zapasach z zawistnym losem straciła prawie resztkę mienia”, widziała kobietę mocną i wspaniałomyślną, która otaczała opieką jeszcze większa biedę ludzką, dzieląc się tym co miała, a przede wszystkim nikomu nie szczędząc pomocy duchowej, rady, wsparcia i umocnienia. Przeżyła jeszcze w Krakowie kilka lat walcząc z rakiem i poddając się ośmiu kolejnym operacjom chirurgicznym, za każdym razem odmawiając znieczulenia (wówczas używano chloroformu). Jej pogrzeb w kościele zręcińskim, którego byla współfundatorką zgromadzil nieprzeliczone tłumy.

„Gdy obejrzawszy szczegółowo po pogrzebie kościół powróciłam na cmentarz, jakiś bosy człowiek leżał krzyżem przed mogiłą Łukasiewiczów… Powracając myślałam sobie, że nie w parlamentach, nie na sejmach ni wiecach rozwiąże się kwestia socjalna, tylko wtedy, jak w serca zwaśnionych wstąpi promień miłości chrześcijańskiej, miłości, która >nie zajrzy, nie podejrzewa, nie nadyma się, nie zazdrości, nie mówi złego…<”

„Sercem Europy jest elita jej dzieci”, głosił ks. Henri Delassus, „złożona z tych wszystkich, którzy zachowali coś z ducha przodków…Z tego serca powstanie ponownie życie w całym ciele, jeśli będzie ono miało siłę, by pobudzić obieg czystej i ożywiającej krwi. Ileż to czyni się wysiłku, aby je sparaliżować i zepsuć!”, jak trafnie przepowiedział w 1927 roku  myśliciel z Lionu. (ks. Henri Delassus, „Duch rodzinny”)

 _

Juliusz Brandt - Orońsko - zagrody

Juliusz Brandt – Orońsko – zagrody

_____________________________ 

 

Wszystkie pozostałe cytaty za: Anna Potocka,  „Mój Pamiętnik” 1923. (Reprint: Wyd. Ruthenus, Krosno 2009)

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Listopad 2017
    N P W Ś C P S
    « paź    
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    2627282930