Dwie demonstracje

Czym jest ta góra kwiatów, pod którą złożono tydzień temu, z najwyższymi honorami, w poświęconej ziemi ciało zamordowanego sześćdziesiąt trzy lata temu Polaka, naszego brata, żołnierza wolnej Rzeczpospolitej? 

Warto odkryć jej tożsamość. Odkopać wszystko, co wraz z kwiatami składa się na wzgórze tak wyniosłe, górujące nad innymi mogiłami Wojskowych Powązek. 

Kwiaty – niby nic takiego, zwykłe wiązanki. Większość białoczerwona, przepasana szarfami, rzucane z pewnej odległości, bo w wielkim ścisku, albo kładzione, gdy już udało się dotrzeć do stóp mogiły, z taką delikatnością, z niskim pochyleniem głowy, z jakim kładzie się kwiaty na grobie matki. 

Wyprężeni, z karabinami na piersiach, trzymają wartę żołnierze. Przy samej mogile gwar się zmniejsza, cisza udziela się mimowolnie. I dlatego dobrze słychać głos tego młodego mężczyzny. Stoi z odkrytą głową i rozwianymi jasnymi włosami, nieco powyżej, na obramowaniu innego grobowca i wpatrzony w przestrzeń, gdzieś ponad głowami ludzkimi, tak ciasno jedna obok drugiej, i intonuje pieśń. Śpiewa a cappella. To jakiś wiersz. Śpiewa z głową wysoko podniesioną. Jego głos, dziwnie wysoki, jest bardzo czysty i dźwięczny. Śpiewa jak ktoś, kto musi wydobyć z serca głęboko utkwione, ściśnięte dotąd słowa, które czekały tak długo. Czekały na tę chwilę, zaiste podniosłą. Musiały zostać – nie wykrzyczane, bo to najprostsze – ale z wielkim kunsztem wyśpiewane. Pieśń o Bohaterze, samotnym jak wszyscy, którzy stają w obronie prawdy. Musiał umrzeć – w kraju zajętym przez wroga, gdzie prawda jest zbrodnią polityczną, umiera się, żeby ją ocalić. 

 

Płk. Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka"

Płk. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”

Przypomina się mimowolnie ten werset z Ewangelii, gdy przyszli zbrojną bandą pojmać Jezusa, który modlił się w ogrodzie Getsemani, i gdy usłyszeli odpowiedź „Jam jest!”, wszyscy padli na twarz. Po prostu runęli, jakby zmiecieni potężnym podmuchem. A wydawało im się, że są silni, bo jest ich dużo, są uzbrojeni w pałki, kije, miecze. Byli tak pewni siebie. 

Teraz, przy grobie Pułkownika Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, wśród tego nieprzeliczonego tłumu ludzi o twarzach uroczystych i tak radosnych – choć to pogrzeb przecież – widać inną siłę. Siłę ludzi o czystych sercach. I siłę państwa. Bo państwo katolickie to nie tylko silne instytucje,, armia i przemysł, mieszkania i kolej. To nie tylko sprawnie działająca ekipa rządząca. To przede wszystkim jego polityka, a więc porządek społeczny w państwie, jego źródło, zasady i cel. I owo powszechne poczucie, że   j e s t   większa sprawa, bardzo wielka sprawa, w imię której chce się to państwo tworzyć. Rozwijać je, wzmacniać, bronić go i nawet oddać życie za nie.

Bo, tak naprawdę, za kogo oddał życie ów Bohater spoczywający dziś pod granitową płytą i niebotyczną górą kwiatów? Za braci z oddziału? Za rodzinę, której już mało zostało, bo prawie wszyscy wymordowani, i ukochaną narzeczoną? Za rodaków? Po trosze za nich wszystkich, ale tym, co skłania do ofiary tak wielkiej, do walki do ostatka, do poskromienia własnego lęku, do stanięcia twarzą w twarz z oprawcami w postawie wyprostowanej i dumnej, jest coś, co człowieka wielokrotnie przekracza. Coś, do czego człowiek dąży całym sobą, jeśli nie stracił wiary w Boga.

Właśnie dlatego, że człowiek swoim wzrokiem duchowym widzi ów cel, jest wierny idei wolnego, niepodległego państwa. Państwo takie pod naszą szerokością geograficzną, jest zawsze nosicielem autorytetu Boga. Jeśli Bogu dochowuje wierności. To znaczy, jeśli jego przywódcy – moralni, religijni, polityczni – mają wiarę. Ten cel ma w sobie niesłychaną siłę przyciągania. Ujrzał go i rozpoznał książę Mieszko I, sławny wojownik, silny i zuchwały, i zachwycił się nim tak bardzo, że oddalił z miejsca swoje siedem żon i chciał żyć z jedną tylko, którą pojął jako małżonkę w Kościele, po swoim chrzcie. 

Żołnierze Wyklęci nie bali się umierać. „Z Bogiem, Panowie!”, to nie cytat, to  prawda – ale nie o romantycznych samotnych marzycielach, tęskniących do idealnej ojczyzny na ziemi, ale o ludziach trzeźwo myślących i nader praktycznych oraz dalekowzrocznych, czyniących najwspanialszy, jaki można tylko uczynić użytek ze swojego rozumu. Jak ten mężczyzna, któremu tysiące oddają dziś hołd – wreszcie nie pod osłoną nocy, a w biały dzień – którego ciało wieziono niedawno na lawecie, przed którym głowę chylił prezydent Polski i minister Obrony Narodowej, na cześć którego oddano salut armatni, który nie zdejmował nigdy munduru i nie wypuszczał z rąk broni, odkąd wtargnęli tu wrogowie. I natrząsali się z naszej wiary. Jest coś, co widział w owej chwili, gdy opuszczał celę, gdy przystępował do ostatniej walki – tak samo jak do pierwszej, by wypełnić do końca swój żołnierski obowiązek stanu – a czego dojrzeć nie umieli jego oskarżyciele, sędziowie i kaci. Ci, którzy z niego tak szydzili, gdy skutego wtrącono go do ubeckiej katowni. 

Dziś wszyscy oni padli na twarz i cofnęli się. Ale ponieważ wciąż są zgrają ściskającą w słabnących rękach swoje kije, gałęzie i pałki, próbują nadrabiać miną, podnoszą się, ubłoceni, spoceni, sponiewierani i usiłują swoimi piskami  „w obronie demokracji” rzucić wyzwanie temu państwu, za które umierał dumny „Łupaszka”.

 

Płk. Zygmunt Szendzielarz  (w środku) wśród swoich żołnierzy.

Płk. Zygmunt Szendzielarz (w środku) wśród swoich żołnierzy.

 

Przyczyna, dla której system, jakiemu służyli, z jakim się utożsamiali, i z jakim nie potrafią się do dziś mentalnie rozstać, upadł z siłą druzgocącą samych jego wielbicieli, jest natury metafizycznej. „…z chwilą, gdy ulega przyćmieniu pojęcie Boga, bądź zostaje odrzucone, załamuje się cały system wartości”, pisze Romano Amerio. Bez systemu wartości gaśnie każda iskra prawdziwego życia, jakakolwiek iskra sensu podejmowanego przez człowieka wysiłku; pozostaje wegetacja, wchłanianie i wydalanie. „Obrońcy demokracji” są więc przerażająco smutni.

Pojęcie Boga jest kluczowe dla trwania cywilizacji i dla motywacji do życia każdego z ludzi. Było ono najważniejszą ideą dla „Łupaszki” i jego przyjaciół z Podziemia. Jest ono kluczowe dla polityków z Prawa i Sprawiedliwości, którzy dziś walczą o niepodległą Polskę w Europie – choć nigdy o tym nie mówią wprost. Było ono najważniejszym odkryciem w życiu władcy Polan, Mieszka I. Dzięki niemu zrozumiał swoje powołanie, wielkość swojej misji, którą zlecał mu Bóg – stworzenie w tej części świata, wśród borów, rzek, jezior, urodzajnych łąk i kwitnących leśnych polan – chrześcijańskiego państwa. Stworzenie i bronienie go. Zapoczątkowanie wznoszenia cywilizacji chrześcijańskiej, na chwałę Boga. 

Obrona takiego państwa – nośnika cywilizacji chrześcijańskiej, była tak silną motywacją dla Żołnierzy Wyklętych –  i polskich powstańców dwóch kolejnych wieków – że nigdy nie cofnęli się, szli na śmierć z wysoko poniesionymi głowami. Wiedzieli, Komu służą. Wiedzieli, jaka myśl stoi za państwem, który prawdę o Bogu niesie w swoim założeniu, w swoich strukturach, całym urządzeniu.,  prawie, w swojej tradycji i kulturze. Obrona tego państwa, którego historia zaczęła się od wbicia krzyża w polską ziemię i oddania przez Mieszka I Polski w lenno papieżowi – co równało się ustanowieniu teokracji – była zawsze wielkim i zaszczytnym powołaniem. Walczyli i umierali najlepsi, najszlachetniejsi, najpiękniejsi. Wiedzieli bowiem, słyszeli w głębi swej duszy, czuli całymi sobą, że jest coś, co przekracza ich własny byt, do czego dusza ludzka wyrywa się, dąży, pragnie do tego przylgnąć, pragnie to osiągnąć.

Tego pragnienia nie da się w Polakach zabić. Nie da się go też w żaden sposób pominąć, „oszukać”, przeinaczyć, odwrócić.

Ów wewnętrzny głos słyszany jest od czasów Mieszka I przez wszystkie pokolenia Polaków.

 

Ilustracja Antoniego Zaleskiego do Pamięttników  J. Ch. Paska wydanych w Wilnie

Ilustracja Antoniego Zaleskiego do Pamięttników J. Ch. Paska wydanych w Wilnie

Śpiew mężczyzny z rozwianymi włosami przy mogile „Łupaszki” dowodził, że chwila, w której przerywa się milczenie właśnie nadeszła. To afirmacja, okrzyk z wnętrza duszy, że Bóg jest i wszyscy należymy do Niego. Okrzyk będący hasłem zwycięzców. 

Tym, co popycha, a wręcz zmusza Polaków dzisiaj do przybycia w tak wielkiej liczbie na pogrzeb Pułkownika Zygmunta Szendzielarza – i na inne tego typu manifestacje przynależności do wolnego państwa – to świadomość, że to co nas przekracza, nie jest siłą materialną. Gdy zaneguje się ów głos, ów odblask prawa danego człowiekowi przez Boga, zostaje się wplątanym w bezład, w „cały łańcuch deprawacji współczesnego społeczeństwa”, jak to określał Jan Paweł II. Prawo Boże jest bowiem wpisane głęboko w naturę ludzką. Ale rzecz nie na tym tylko polega. Nie wystarcza zatrzymać się na sferze filozofii naturalnej. Człowiekowi ochrzczonemu, świadomemu swego powołania potrzebne jest odwołanie się w prawie moralnym do Boga, by został ustalony „w sposób absolutny” przedmiot moralności. Moralność filozoficzną dopełnia i udoskonala moralność teologiczna (Romano Amerio). Jest tylko jeden pewny, bo boski wzorzec moralności – co podkreślał w 1982 roku polski papież – Jezus Chrystus, który objawił Ojca.

Mieszko I pragnął chrztu, kiedy dowiedział się, że istnieje prawdziwy Bóg. Tworząc państwo chrześcijańskie wypełnił dobrze jako władca swoje obowiązki stanu wobec Boga.

Słusznie pojawia się dziś myśl o jego kanonizacji. 

„Łupaszka” także wypełnił dobrze obowiązki stanu, jako żołnierz, oficer, dowódca. 

Nie wystarczą „prawa człowieka”, gdy człowiek poznaje Tego, od Którego całkowicie zależy, i Kto daje się człowiekowi poznać tak wspaniałomyślnie, dzięki Kościołowi, sakramentom i płynącej z nich łasce. 

Śpiew niosący się ponad mogiłą Bohatera, matki i córki przytulone do siebie, zamyśleni i milczący ojcowie i synowie, dziadkowie wsparci na ramionach wnuków, młodzi ludzie w mundurach harcerskich i wojskowych, noszonych tego dnia z niewypowiedzianą dumą i godnością, starcy o kulach z białoczerwonymi opaskami na ramionach, nieprzeliczone rzesze na pogrzebie ofiary komunistycznych bandytów, ludzie szczęśliwi, uśmiechający się do siebie, gotowi do świadczenia pomocy, przepuszczający się nawzajem w drzwiach kościoła, w bramach cmentarza i na schodach, uprzejmi, godni, rycerscy – to wszystko był metaforyczny – ale i bardzo realistyczny – obraz odtwarzania ładu w naszym państwie.

Nasze państwo niszczone było prawie bez przerwy przez ponad sześćdziesiąt ostatnich lat; usiłowano jego zasadę polityczną, jego uporządkowanie wewnętrzne, jego duchowy kształt zamienić w bezład. Gdy odrzuca się wiarę, gdy odrzuca się autorytet Boga i Kościół, wtedy wali się w gruzy cała cywilizacja, a w miejsce ładu pojawia się anarchia i niewolnictwo, co jeszcze w latach czterdziestych ubiegłego wieku przepowiedział pewien francuski biskup, widząc jak idee komunistyczne wkradają się do myślenia ludzi Kościoła w jego ojczyźnie, i przewidując rychłe, tragiczne tego następstwa. Wiedział on, że między Kościołem a komunizmem nie może nigdy zaistnieć żaden „dialog” i żadne porozumienie. Że każda tego rodzaju próba będzie jedynie farsą i teatrem.

W rocznicę Chrztu Polski mamy wyjątkowe szczęście widzieć odtwarzanie ładu w polskim państwie. Ładu przyzywającego możną protekcję z Nieba. Podobnie jak wówczas, gdy zarośnięty wojownik o zuchwałym spojrzeniu, który na kobiety patrzył dotąd z pożądliwością, kazał wbić w swoją ziemię krzyż, ukląkł przed nim i bił się w piersi. A wraz z nim jego drużyna wojów z drewnianymi tarczami i mieczami. 

„Dobro jest znów oddzielone od zła”, powiedział 2 maja 2016 w parlamencie Jarosław Kaczyński. „To wszystko, co uczyniono dla pomieszania dobra i zła, cofa się”, stwierdził w przeddzień rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja polityczny przywódca patriotycznej Polski. Ten dzień łączy dwie uroczystości, religijną i państwową – co jest ewenementem w świecie, u nas zaś jest czymś naturalnym – i jest wielkim świętem Maryjnym, ustanowionym po zwycięstwie nad bolszewikami w 1920 roku, Matki Bożej Królowej Korony Polskiej.

 

Józef Brandt - Bogurodzica

Józef Brandt – Bogurodzica

Gdy uznajemy, że Boże prawa – choć mogą coś ująć człowiekowi na ziemi z jego pychy, instynktów, ambicji panowania nad światem, niespokojnego szukania, by zaspokoić do końca swoją cielesność – przynoszą stokroć, tysiąc razy więcej dóbr, stamtąd, gdzie wzrok nie sięga, oddzielamy dobro od zła.

Dobra te zostawiono dla nas tam, gdzie szukały niestniejącego kresu oczy śpiewaka z nad mogiły pokrytej kwiatami jak kopułą sanktuarium. 

Ta ziemia jest święta. Od tysiąca pięćdziesięciu lat. 

„Łupaszka” i jego druhowie, którzy narodzili się po tysiącu lat trwania państwa założonego przez Mieszka, żołnierze z oddziałów „Wyklętych”, są znakami świętości, przed którą, wcześniej czy później, zachwieje się i upadnie czerń, rozpłynie się jak kałuża każdy tłum wznoszący w górę pięści i ryczący swoje obelgi. Tłum, który przychodzi z  n e g a c ją, nie z afirmacją zawsze tutaj upadnie. 

Trzeba uważać na hasła negacji i protestu, czasem bardzo umiejętnie podrzucane, jako rzekoma obrona. Uważać na antycywilizacyjną retorykę, która odznacza się zawsze gwałtownością, grubiaństwem, wulgarnością, fałszywymi i pochopnymi oskarżeniami, podważaniem autorytetu ludzi, którzy dziś stanowią o sile moralnej i politycznej naszego państwa. Ten wzrastający z dnia na dzień autorytet jest komuś mocno nie w smak. Fakt, że odbudowuje się ład państwowy wsparty o autorytet rządzących jest bowiem śmiertelnym ciosem w plany zanarchizowania społeczeństwa, zamienienia w plemienną wspólnotę cywilizacji Zachodu. Na różne sposoby próbuje się więc dziś zaufanie do rządzących w naszym państwie podważyć. Zawsze jednak te głosy brzmią nieczysto. Konfrontacja z ludźmi z KOD-u na ulicach Warszawy jest próbą wprowadzenia fałszywej tonacji. Jest tylekroć w historii powtarzanym i bardzo już zużytym pomysłem, by to co duchowe, głębokie, intelektualne, wyważone sprowadzić do brukowej awantury, szarpaniny, z uruchomieniem wewnętrznego antychrześcijańskiego mechanizmu pogardy wobec drugiego człowieka i dania upustu odruchom, prymitywnym emocjom. Wróg Polski będzie się czuł dobrze w takim środowisku duchowym, wśród roznieconej gry instynktów. Nienawiść jest instynktem niszczącym cywilizację chrześcijańską. Mieszko i jego drużyna znali siłę tego instynktu i zdecydowali się go powściągnąć, choć nieraz wrzała w nich krew. Mieli bowiem wielkie aspiracje. Chcieli być godnymi tego, co uczynił dla nich na krzyżu Bóg. 

Tylko tak można zostać budowniczymi cywilizacji.

 

Ukrzyżowanie z Korzennej (XV w.), malarz małopolski

Ukrzyżowanie z Korzennej (XV w.), malarz małopolski

 

Mieszko I swoje instynkty i emocje schował do kieszeni. Ujrzał bowiem cel. Chciał być budowniczym cywilizacji wznoszącej człowieka ku Bogu. Pożegnał się z naturalizmem, choć jeszcze długo zapewne po chrzcie okrywał się odzieniem ze skór dzikich zwierząt. Zapewne kochał też swoje siedem kobiet, których się wyrzekł, podobały mu się dalej.

Pojął jednak, że ten cel, który ujrzał klęcząc przy krzyżu, przekracza daleko to, co go dotąd tak bardzo nęciło, gdyż to co skończone, ograniczone, nie może być celem człowieka stworzonego przez Boga, który posługuje sie rozumem. Chciał być szczęśliwy, ale znał granicę swoich możliwości – granicę, poza którą jest tylko dół i sypka ziemia. Nie chciał tego „tylko”. Pociągnęła go Nieskończoność.

Zrozumiał swoim prostym, lecz głębokim i giętkim słowiańskim umysłem, że „rzeczy skończone nie zostały stworzone dlatego, że są godne miłości, lecz są one godne miłości dlatego, że takimi chciał je uczynić Bóg” (św. Tomasz z Akwinu ).

„Z Bogiem, panowie!” To w Polsce nigdy nie jest pożegnanie. To hasło do walki o pełne zwycięstwo.

 

0000000 AAAAAA aaaaa Piotr Stachiewicz

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Listopad 2017
    N P W Ś C P S
    « paź    
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    2627282930