Duma i uprzedzenie

Posted on 19 maja 2021 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Różne

 

Główna ulica Poznania jest ulicą głodnych ludzi. Odkąd rozkopali środek, gołębi tu nie ma. Gołębie zresztą były przeżarte i nie latały. Gołębie − żule wśród ptaków. Inne ptaki coś robią; tańczą, śpiewają, latają, tokują, polują, pływają, znoszą jaja, a gołębie nic. Tylko daj i daj.

Wracam z kina Charlie&Monroe z filmu „Dzikie róże” rozkopanym Marcinem. Zanim wsiądę w tramwaj na Gwarnej, trzeba będzie zajść do Biedronki i kupić cokolwiek. Idę świętym Marcinem wzdłuż wieżowców Alfa. Przede mną lekkim, zwiewnym krokiem przemieszcza się cud dziewczyna z blond włosami jak pierzyna. Co ja mówię, z włosami jak baldachim nad Sobieskiego łożem. Krwinki tańczą jej w butach emu. Z tyłu jest piękna. Zdążę ją wyprzedzić przed Biedronką i upewnić się w mniemaniu o jej powabie. Piękno emanuje jak dobry obraz zamknięty w sejfie lub nieczytany wiersz. Ona właśnie tak idzie przede mną! Jakby naoglądała się najlepszych obrazów lub przeczytała najlepszy w świecie wiersz! Idę za nią, już jestem w odległości półtora oddechu, zbliżamy się do Biedronki, już widać stojącego, żebrzącego dziada − jak ja ich nie znoszę. Sieć sklepów Biedronka, zamiast chrząszcza o kropkowanych skrzydełkach, mogłaby mieć w logo żebraka stojącego u drzwi. Nie znoszę drętwej żebrackiej gadki, zawsze z tą sama intonacją, jakby mendzili pierwszy raz życiu. Piękna dziewczyna z pewnością na imię ma Martyna; Martyny są ładne i mają wdzięk.

Już wyprzedzam Martynę i śmiało patrzę jej w oczy. Istotnie, jest śliczna. Martyna uśmiecha się. Nie, nie. Nie do mnie. Uśmiecha się do żebrzącego dziada i ustami jak miododajny kwiatostan, jak pyłek pszczeli, jakby właśnie skończyła różańcową modlitwę, mówi:

− Dzień dobry, na co ma pan dziś ochotę, co by pan zjadł? Co panu przynieść?

Dziad z wrażenia zapomniał języka w gębie.

Ale Martyna nie spieszy się. Stoi przed dziadem żebrakiem i uśmiechała się.

Podobno pszczoły muszą wykonać skrzydełkami tysiące ruchów, żeby utrzymać się w miejscu.

Nie wszedłem do Biedronki.

Przeszedłem prosto.

Usłyszałem jak dziad wybełkotał:

− Zjadłbym kiełbasę…

 

George Frederic Watts, Hope, 1886

 

Dama

 

Liza jest od rana poniżana przez męża.

Dzieci też jej nie szanują.

Nawet domowy pies na nią szczeka.

W pracy to samo.

Szef stale wykazuje, że się nie nadaje do pracy.

Klienci mają ją za nic.

Koleżanki w jej obecności wydymają wargi i kręcą głupio głowami.

To nie są koleżanki, to są znajome z pracy.

W ciągu dnia dostaje same kopy.

Pod wieczór rozmazana, zmaltretowana dniem,

z siatami wraca zatłoczonym tramwajem.

Dżentelmen wstaje i ustępuje miejsca mówiąc:

− To dla pani miejsce.

− Dla mnie miejsce? − dziwi się poniżana cały dzień kobieta.

− Wobec damy, nie mógłbym się zachować inaczej − mówi pan.

Liza siada.

Przed swoim przystankiem patrzy na siatki z zakupami.

Wstaje i wysiada bez siatek.

Kroczy jak dama.

 

Georg F. Watts, Portret May Prinsep

 

Te małe osiedlowe sklepiki

 

Czasy nas rozpieszczają; można wybierać i przebierać; to w związku z drobnymi zakupami tak piszę. Małe, osiedlowe sklepiki nie byłyby w końcu takie złe, gdyby nie sprzedawano tam kaszanki w cenie kawioru; i gdyby szefowej przypadkowo nie myliły się ceny. Ale pod koniec dnia zdarzają się promocje artykułów, którym termin ważności skończył się wczoraj. Nawet mógłbym zaglądać tam częściej; pogadać z kobietami przy kasie czy za ladą. Tą panią za ladą uwielbiam wypytywać, z czego zrobione są produkty. Szczególnie długo wypytuję, gdy za mną formuje się kolejka. Pytam panią ekspedientkę na przykład:

–  A te ogórki? Z czego są zrobione?

Pani sprzedawczyni z miną matki usypiającej dzieciątko, odpowiada:

– To takie małe ziarenko wkłada się do ziemi, proszę pana, potem są listki, kwiatuszek, i później z tego kwiatuszka robi się ogórek.

– To jak to? – pytam niezaspokojony – to z ziemi się robi ogórek czy z kwiatuszka?

– Raczej z kwiatuszka  – z czułym, czułym jak dla dzieciątka uśmiechem odpowiada pani ekspedientka.

Ludzie w kolejce za mną parskają śmiechem. (Właśnie teraz przypomniała mi się Martyna Ochnik, która przed ostatnimi świętami, w mięsnym, gdy jedne baby zbyt długo zastanawiały się, czy chcą sześć, czy osiem plasterków tej szyneczki z pieca, a inne baby z kolejki zaczęły nieprzyjemne, złośliwe komentarze, krzyknęła na cały sklep: Cicho baby! Bóg się rodzi! – na takie hasło babki w kolejce rozluźniły się, i już łatwiej podejmowały decyzje, czy chcą z tłuszczykiem, czy cieniej, czy grubiej pokrojone masarskie wyroby).

Wracając do moich pań z mojego małego, osiedlowego sklepiku. Gdyby tylko częściej myły włosy… gdyby używały lepszych kosmetyków… gdyby nie te wyliniałe swetry wyłażące im spod fartuchów… Nie umówiłbym się zaraz z nimi do kina, ale może zjadłbym z nimi kolację, ale tylko przy wigilijnym stole.

Więc wpadam w sobotę, tuż przed zamknięciem, do osiedlowego sklepiku, (w którym nieraz paniom nabiło się dwa razy za to samo masełko) i wykupuję przeterminowane jogurty po 0,99 gr. I wracam do siebie, do bloku. Nareszcie mam wolne. Nareszcie sobotni wieczór i długa niedziela, do której starannie się przygotowałem, kupując Ucho igielne Myśliwskiego i grubaśnych Galicyan Stanisława Aleksandra Nowaka. Zwłaszcza na Galicyan mam naostrzone zęby. Ale zaraz, zaraz… Gdzie moja płócienna torba z książkami??? Nie, to nie możliwe… Zostawiłem w tramwaju? Nie, to niemożliwe… Miałem jeszcze w sklepie… Tak, zostawiłem przy lodówie, kiedy pakowałem jogurty do koszyka… Tak, płócienną torbę z książkami zostawiłem w sklepie, to pewne. W niedzielę zamknięte. Szkoda niedzieli bez  t y c h  książek. W poniedziałek pobiegnę o świtaniu. O szóstej czy o siódmej otwierają? Pobiegnę wcześnie… Czy torba z książkami będzie? Pewnie będzie. Kto by tam kradł płócienną torbę z książkami.

Nastał poniedziałek. Gdy biegłem do sklepiku, jeszcze ciemno było.

– Dzień dobry, zostawiłem w sobotę tutaj białą torbę z książkami, czy jest, czy się znalazła?

Pani schyla się i wyjmuje spod lady płócienną torbę. Białą. Moją. Ale torba jest jakaś cięższa i na wierzchu jest jakaś papierowa torebka, do której zaglądam.

– Dołożyłam panu drożdżówek do czytania – powiedziała ekspedientka.

Ale torba nadal jakaś ciężkawa mi się wydaję. Oprócz moich dwóch książek jest w niej jeszcze Wieczny mąż Dostojewskiego, i oczom nie wierzę, Nad Zbruczem Helaka…

– Przyniosłam z domu i dołożyłam panu. Ja już przeczytałam, a pan chyba dużo czyta, bo zawsze pan książki w torbach nosi.

Skąd ona wie, co ja w torbach noszę? Dziwne.

Jak się pani odwdzięczę? Wiernością. Wiernością. Wiernością.

Wierność jest cnotą, nawet ta konsumencka.

Mówią, że w Wielkiej Brytanii chodzi się tylko to tego pubu, który jest najbliżej domu. W taki sposób buduje się Imperium.

 

Winslow Homer, Droga na pastwisko

 

List do Melaniusza mieszkańca Tuchowa

 

„Serwus Melas!

Nie pisałem, bo planowałem przyjazd na Twoje włości. Nawet w październiku napisałem list do Ciebie, ale nie wysłałem, bo myślałem, że uda się przyjechać około 11 listopada, ale kopsnąłem się wtedy na Morawy. Zatem walę najpierw ten list z paździerza; skup się, leci tak:

W moim liberalno-lewackim Poznaniu powstała Po-Dzielnia. Sklep, w którym wszystko jest za darmo. Wchodzisz i bierzesz, co chcesz. Nie musisz nic w zamian zostawiać. Poszedłem na otwarcie.

Regulamin Po-Dzielni jest taki:

  1. Zabierz to, co jest Ci potrzebne. Nie musisz niczego zostawiać w zamian. Uporządkuj półki po swojej wizycie.
  2. Możesz zostawić w Po-Dzielni przedmioty, których nie potrzebujesz, poza meblami, dużym sprzętem AGD etc. Pamiętaj, że zostawione rzeczy muszą być w dobrym stanie,ubrania wyprane!
  3. Przynoś pojedyncze rzeczy. Nie przyjmujemy całych kartonów, toreb, worków i siatek.
  4. Nie zostawiaj produktów spożywczych.
  5. Dyżur w Po-Dzielni może nie przyjąć przedmiotów ze względu na ich widoczny zły stan.
  6. Prowadzący Po-Dzielnię nie ponoszą odpowiedzialności za stan przedmiotów (w szczególności kompletność zestawów, sprawność sprzętu elektronicznego itp).
  7. Po-Dzielnia jest dostępna dla wszystkich wyłącznie w godzinach otwarcia lokalu.
  8. Po-Dzielnia to społeczna inicjatywa non-profit. Dbajmy o nią wspólnie.

 

Otwarcie było o dwunastej. Przemawiała Kalina; że dwa lata pomieszczenie przygotowywali; że miasto dało lokal z bezpłatnym czynszem na trzy lata; że pomogli ludzie z Politechniki; że dwustu ludzi się zaangażowało i wpłaciło datki, żeby lokal wyremontować. Powiedziała, o co w inicjatywie chodzi; żeby przeciwstawiać się konsumpcjonizmowi; żeby uczyć ludzi naprawiania starych rzeczy; żeby przerabiać stare na nowe; i żeby brać i przynosić, samemu na półki układać. Nie chodzi, żeby znosić to, co wyrzuca się przy remanencie szafy, nie! Trzeba przynosić pojedyncze ubrania. Nie chodzi o to, żeby zwozić całe kartony, nie. Pojedyncze ubranka samemu trzeba na wieszak, drążek zakładać i uśmiechać się.

Zanim Kalina skończyła przemawiać, zdążyłem wyłożyć na półkę dziecięcą komplet zapakowanych klocków, a na półkę z książkami dałem Stendhala i książkę pod tytułem Sandały. Do plecaka zgarnąłem zaś Historie warte Poznania i czaiłem się na mydełko, które ktoś przyniósł i położył na półce z tabliczką kosmetyki. Zawsze dobrze jest się umyć mydłem.

W końcu Kalina powiedziała, że jest wzruszona i przecięto wstęgę otwarcia. Podano szampana. Były też orzeszki, czekoladki z Biedronki, brzoskwinie, jabłka i winogrona. Sympatyczni ludzie przyszli na otwarcie, wróć… przyjechali rowerami. Jak wspomniałem na wstępie: lewactwo zobowiązuje, lewactwo nie wozi się furami. Zagadałem do Ani, która miała najpiękniejsze w całym lokalu spodnie w kwiaty. Ania nie przyjdzie na osiemnastą na tańce, które są w programie, szkoda. Ja przyjdę.

Dotarłem po dziewiętnastej. Konsolę obsługiwały dwie didżejki. Ludzie byli, ci co w południe, a także wciąż napływali nowi. Doniosłem trochę książek. Zgarnąłem do plecaka Słownik synonimów i antonimów. A dla mamy i siostry zabrałem szal z kaszmiru nowiuśki z niemiecką metką i szal z takiej tkaniny, z której wyrabia się arafatki; też nowiuśki i pachnący.

Na stolach w bród było tart wege; przeróżne wegetariańskie jedzenie. Nie znam nazw tych potraw, więc ich nie nazywałem tylko jadłem. Było też piwa do woli.

Zacząłem się bujać na parkiecie. Muza klubowa, transowa. Dziewczyny-didżejki znają się na robocie. Świecąca kula dyskotekowa; wszystko pasuje. Nie za głośno, nie za tłoczno. Papierosiarze gawędzą na zewnątrz. Przechodnie zaglądają przez szybę, co za impreza się odbywa? Obok mnie do Paktofoniki buja się oryginalny Chińczyk z Chin. Wybujał się, wybujał i potem tylko chrupał popkorn. Wyszedł na zewnątrz i przez telefon po chińsku opowiadał, jak świetnie się bawi chyba. Są też Ukraińcy; oni już są wszędzie. Jedzenie za darmo, muzyka za darmo, piwo za darmo. Ubrać można się za darmo, wziąć można, co się chce za darmo. I jak tu się dziwić Chińczykowi, że tak długo opowiada, na jakiej jest imprezie, w jakim coolowym lokalu.

Gdy tak najedzony i napity bujam się beztrosko, podchodzi do mnie didżejka i pyta, czy nie wypadło mi z kieszeni dwadzieścia złotych, bo leżało obok mnie. Tak, to moje dwadzieścia złotych.

Nadszedł moment, że grano Jestem Bogiem. Grano, śpiewano, tańczono. Wszyscy zlepili się. Jedna świecąca, obracająca się dyskotekowa kula się z ludzi zrobiła. Przytulaliśmy się. Jak ty właściwie masz na imię, pytały mnie dziewczyny. Kalina powiedziała, że lokal potrzebuje mocnych osobowości.

Nazajutrz poszedłem na Mszę, do kościoła w którym dawno nie byłem. Msza była dla dzieci. Pod ołtarzem intronizowany był wielki, metrowy pluszowy miś. Misia po Mszy wylosowała Gabrysia. Inna dziewczynka wylosowała po Eucharystii Kubusia Puchatka. Irytował mnie kapłan. Na środku głównej nawy na dziękczynienie z mikrofonem w ręku śpiewał infantylne piosenki, które z liturgią nie mają nic wspólnego. Drażniły mnie jego trekkingowe buty wystające spod alby; sutanny bynajmniej na sobie nie miał. Przypominam: jestem w centrum dużego miasta; jest niedzielna Msza Święta, a ksiądz skacze po kościele w trekkingowych butach. Zasada godnego stroju w świątyni kapłanów nie obowiązuje? Żaden dres, ani łysy kark w dresach do kościoła nie wejdzie; do kościoła ubiera się odświętnie. A księdza magistra w seminarium przez sześć lat nie nauczono, że buty trekkingowe są do trekkingu, a na Mszę Świętą, zwłaszcza niedzielną! wkłada się buty wizytowe. (U Was w Galicji takich problemów nie macie. Trzymaj się, oj trzymaj się Melaniuszu Mszy łacińskiej!).

Przed rozesłaniem, kapłan ogłosił, że dzisiaj przypada Dzień Papieski i z tej „wspaniałej okazji” przed kościołem można kupić kremówki papieskie. Kremówka jedna kosztuje dwa złote, pakowane są po dwie, czyli cztery złote, z opakowaniem osiem złotych. Przeżegnałem się. Wychodząc z kościoła, dla pewności jeszcze skropiłem się święconą wodą.

Lewacy potrafią zorganizować w mieście sklep, w którym jest wszystko za darmo. Potrafią zorganizować kulturalną dyskotekę, w której wszystko jest na poziomie zadowalającym takiego marudę jak ja.

Parafianie nawet z „okazji wspaniałego dnia” nie potrafią zorganizować sami dla siebie kremówek, tylko osiem złotych żądają.

Takie dwa obrazki (ostro kontrastowe niestety) z „dużego, nowoczesnego miasta”. Jak widzisz, w „dużym” mieście łatwo się zagubić, zwłaszcza w tej „nowoczesności”. Ja się gubię. Z kim trzymać? Ciągle zadaję to pytanie. Z pomocą przychodzi Herbert bądź wierny, idź… Dalej cytował nie będę, bo to przecież Ty uczysz mnie czytać Herberta, za co dozgonne dzięki Ci składam, i kłaniam się przed Tobą w pas, dostojny Melaniuszu.

Melas! Zaklepałem już nocleg w Bacówce na Brzance na ostatnie pięć dni lutego. Dasz radę przemaszerować wtedy ze mną do Ciężkowic? Postaraj się! Proszę. Jeśli nie, to chętnie w dzień odjazdu powtórzyłbym włóczęg wzdłuż Białej. Pamiętasz, że zamiast formy włóczęga wprowadzam, konkretną męską formę włóczęg? Zatem zamiast Włóczęga wyruszył na włóczęgę, po mojemu brzmi Włóczęg wyruszył na włóczęg.

            To jak, piszesz się na włóczęg?

Sorrecki, gonię w piętkę, jak zwykle. Spadam na miasto, a tyle mam Tobie do napisania i powiedzenia! Moja najnowsza idea fix, to: bezinteresowność. Wyczytałem to w książce Pokora Boga, autor Varillon.

Bezinteresowności powinno się uczyć w szkole, jak każdego innego przedmiotu, i obowiązkowo powinno się o niej mówić na uczelniach.

Czego Tobie, Drogi Melasie z całego serca życzę.

 

Jacek” 

 

Michał Stańko – Widok na Tatry

 

Jerzy Kędzierski

_____________

Powyższe cztery opowiadania („Duma i uprzedzenie”, „Dama”,  „Te małe osiedlowe sklepiki”, „List do Melaniusza…” ) Jerzego Kędzierskiego, pisarza rodem z Wielkopolski, autora powieści Opowieść mężczyzny, który zarabia śpiąc i Nareszcie wyglądam jak człowiek, pochodzą z przygotowywanego do druku tomu Car życia.

______________

 

Szanowni Czytelnicy,

znajdujecie tu coraz więcej tekstów – wierszy, opowiadań, publicystyki – autorów, którzy występują gościnnie na mojej stronie. Uprzejmie zawiadamiam, że wszystkie te teksty podpisane są nazwiskami ich autorów (czasem pseudonimami literackimi).

Pozostałe (czyli niepodpisane) teksty są mojego autorstwa.

 

Ewa Polak-Pałkiewicz

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.