Dobro zawsze wraca (część II)

<— Czytaj część I.

Portret śp. Zofii Schuch-Nikiel.

Patrol sanitarny

Awaria w drodze.

Awaria w drodze.

Zaraz po rozpoczęciu działań wojennych pobiegłam do Komendy Harcerskiej na Łazienkowską i poprosiłam o przydział. Gdy zobaczyli moje dokumenty, podejrzliwie na mnie spojrzeli. Wobec tego poszłam do Czerwonego Krzyża — to samo. „Jak będziemy potrzebowali, damy znać”. Zrozpaczona chodziłam po Warszawie z moją torbą sanitarną, którą nosiłam ze sobą na wszelki wypadek. Na rogu Poznańskiej i Nowogrodzkiej zobaczyłam porucznika i armatkę z obsługą. Wyglądali dość samotnie. Ucieszyłam się niezmiernie. „Panie poruczniku, może pan potrzebuje sanitariuszki?”. „Ach, bardzo chętnie — odparł — bo właśnie zbieram ludzi z rozbitych oddziałów, chodzących luzem. I nie mam przydziału”. Dostał się do Warszawy po rozbiciu oddziału w bitwie pod Bzurą. Nigdzie go nie chcieli. Znalazł gdzieś porzuconą armatkę i zaczął organizować oddział. Zostałam jego sanitariuszką. Jacyś państwo z dzielnicy, w której poznaliśmy się, właśnie się wyprowadzali i zostawili nam swój samochód. Okazało się, że z całej naszej grupy tylko ja jedna potrafię prowadzić. Pojechaliśmy do dowództwa. Pan porucznik zgłosił, że ma: „trzy działka z obsługą, sanitariuszkę, samochód i kierowcę” — i wtedy dopiero go przyjęli do obrony Warszawy. W ten sposób udało mi się zaliczyć całą kampanię wrześniową.

Porucznik na początku też nie miał do mnie zaufania — to znaczy zupełnie nie wierzył, że potrafię prowadzić. Pojechaliśmy więc na przedpola Warszawy, ułożyliśmy drogę z desek pod samochód i dopiero, kiedy kolejny raz przejechałam po tych deskach, powiedział, że może się dosiąść.

Po kapitulacji Warszawy zaczęłam od razu zbierać dziewczyny z mojej drużyny, z XIV-ki, żeby organizować Sanitariat. Zorganizowałyśmy się błyskawicznie, bo Pogotowie Harcerskie, w przewidywaniu wojny, rozpoczęło dużo wcześniej przygotowania do działalności wojskowej.

Harcerki były wyjątkowo dobrze przygotowane do pracy w warunkach okupacji. Jeszcze w 1938 roku Organizacja Harcerska postarała się o odpowiednie ich przeszkolenie. Musiałyśmy zdobyć przynajmniej dwie sprawności z czterech: sanitariuszki, łączniczki, opieki nad żołnierzem i opieki nad dzieckiem. Była też zawczasu przygotowywana organizacyjna sieć wojenna. Mianowicie, oficjalna władza harcerska miała pewnego dnia „zapaść się po ziemię” i pojawić się miała sieć nazwisk nikomu nieznanych. Jednym z ważnych punktów było przygotowanie do samodzielnego działania, poprzedzonego rozeznaniem sytuacji, bez czekania na rozkazy. Przy organizacji Sanitariatu Harcerskiego pracowałyśmy z Murką, Marią Kann, późniejszą znaną pisarką. Murka nigdy nie kapitulowała. Cudownie się z nią pracowało, choć jak gdyby nie zdawała sobie sprawy z realnego niebezpieczeństwa. Potrafiła na przykład ni stąd ni zowąd oznajmić mi: „Wiesz, jutro będziemy mieć troje dzieci żydowskich, trzeba je będzie przerzucić do sióstr”.

Murka utrzymywała kontakt z wojskowymi, a potem była referentką Sanitariatu WSK AK. Ja zostałam kierowniczką dzielnicy Śródmieście–Północ. Murka była niezwykłą osobą. Poetka, pisarka, żyła właściwie w innym świecie, ale gdy sytuacja tego wymagała, potrafiła świetnie zająć się sprawami organizacyjnymi. Działała poza wszelkimi schematami, prowadzona przez własne wizje i intuicje. Miała swoje tajne kontakty z garstką konstruktorów lotnictwa i profesorów Politechniki, którzy rozpracowywali rakiety V-1 i V-2. Po wojnie doprowadziła do postawienia tym zapomnianym bohaterom pomnika. Matka Murki prowadziła centralną aptekę dla więźniów. I dzięki Murce dostarczało się lekarstwa na Pawiak.

Nasza koleżanka Danuta Gawryłow-Jankowska pracowała na Pawiaku. Przychodziła codziennie z miasta; przenosiła więźniom Komunię św. Dostarczała także grypsy i lekarstwa. I sama zabierała od nich grypsy. Nigdy jej nie zdekonspirowano.

W lutym 1942 roku zostałam zastępczynią Murki jako kierowniczka Sanitariatu Harcerskiego. Wkrótce władze AK zarządziły, że będziemy włączone do Wojskowej Służby Kobiet WSK AK. Murka wtedy odeszła do pracy w Biuletynie Informacyjnym — i nadal pracowała w Żegocie. Referentką Sanitariatu WSK AK Warszawy była wówczas pani Maria Jasiukowiczowa1, żona Stanisława Jasiukowicza, ministra w podziemnej Delegaturze Rządu i 3. zastępcy Delegata Rządu na Kraj, który został skazany w słynnym procesie „Szesnastu” i zmarł w moskiewskim więzieniu w 1946 roku. Zostałam jej zastępczynią. Była to osoba o wielkiej kulturze, ujmująca spokojem i mądrością. Zrobiła dla ludzi wiele dobrego. W dalszym ciągu prowadziłam też Sanitariat Harcerski. Bardzo dużo przeszkolonych przez nas dziewcząt szło do oddziałów bojowych, do „Parasola”, „Zośki”.

Zofia Schuch w Spale z matką i wujem (1936). Na pierwszym planie skaut z Austrii.

Zofia Schuch w Spale z matką i wujem (1936). Na pierwszym planie skaut z Austrii.

Moim oficjalnym miejscem zatrudnienia było biuro podróży, a potem, gdy mój brat, Tadeusz, rozkręcił swoją działalność, pracowałam w biurze przy jego warsztacie. Było to niewielkie przedsiębiorstwo robót elektrycznych. Brat założył ten warsztat ze swoim przyjacielem, Witkiem Telakowskim, przy ulicy Widok 8. Kiedyś przyjechali tu Niemcy pytając, czy przezwajamy silniki. Brat i jego wspólnik wykombinowali, że dobrze byłoby robić coś dla Niemców, bo wtedy będziemy mieć zaświadczenie, że „firma pracuje dla frontu wschodniego” i nikt z pracowników nie może być zatrzymany w łapankach. Niemcy z reguły nie pojawiali się osobiście w warsztacie. Myśmy wszystko pakowali i wysyłali do Wehrmachtu. Dzięki temu mogliśmy mieć wśród pracowników czworo ukrywających się Żydów: dwóch inżynierów, robotnika i jeszcze jedną panią. Pracowali też u nas dwaj synowie Juliusza Kadena Bandrowskiego, bliźniacy. Firma uchowała się do Powstania.

Mój brat Tadeusz, porucznik AK, ps. „Żaba”, prowadził w tym lokalu podchorążówkę. Dostał polecenie zorganizowania Dywizjonu Motorowego obszaru Warszawa, podległego Komendzie Głównej AK. Szkolił w swoim warsztacie żołnierzy. Dom oficjalnie był własnością kolejarzy niemieckich, miał nawet niemiecki szyld. Wszyscy nasi inżynierowie i robotnicy należeli do tej samej jednostki AK.

Sytuacja naszej rodziny przedstawiała się więc następująco: mama działała w NSZ, ja w harcerstwie (miałam też swoje kontakty z partyzantką „Ponurego”), brat w AK. Staraliśmy się jak najmniej wiedzieć o sobie nawzajem.

Którejś nocy aresztowano jednego z naszych dwóch inżynierów żydowskich. Rano następnego dnia przyjechał akurat po coś do warsztatu oficer Wehrmachtu z naszym znajomym lejtnantem. Mówię do niego: „Herr Smietański został aresztowany, to pewnie jakaś pomyłka…”. On na to: „Pojedźmy na Gestapo, tam go poszukamy”. Pojechaliśmy z Witkiem Telakowskim w aleję Szucha wojskowym samochodem „naszego” Niemca. Lejtnant zostawił nas na dole, a sam wchodził do poszczególnych pokojów, robił przeszukanie, i wracał z informacjami. „Nie ma go w kryminalnych. Idę do politycznych”. Za jakiś czas wraca. „W politycznych go też nie ma. Został jeszcze tylko jeden wydział, więźniów żydowskich. Czekajcie w innym miejscu”. Po chwili wrócił, mocno zdenerwowany: „Musimy szybko odjeżdżać”. Po drodze tłumaczył, bardzo skonfundowany: „Wyobraźcie sobie, ktoś doniósł na niego, że on jest Żydem. Nie możemy go już wyreklamować”.

Byli i tacy Niemcy.

„…bardzo poharatany, ale żyje”

1 sierpnia 1944 roku uganialiśmy się po całej Warszawie. Mama, na prośbę brata, pobiegła z ulicy Widok, z 20-litrowym kanistrem benzyny, na Powiśle, gdzie był nasz samochód. Ja próbowałam złapać jakiś transport, żeby przewieźć materiały sanitarne. Pamiętam, jak usiłowałam zatrzymać jakiegoś zdyszanego rikszarza, który zdążył mi tylko odkrzyknąć: „Nie mogę, spieszę się, nie mam czasu!”. „Ach, pan też na siedemnastą!”. W całym mieście wszyscy gdzieś pędzili, żeby zdążyć przed Godziną W.

Przez całe Powstanie pracowałam jako kierowniczka Harcerskich Patroli Sanitarnych. Przydzielona zostałam do Szefa Sanitarnego Powstania, płk. Henryka Lenka, „Bakcyla”. Byliśmy wszędzie, gdzie trzeba było zorganizować doraźną opiekę medyczną. Była tu także Marysia Jasiukowicz, Staszka Kacperska, Krystyna Zwolińska , Magda Milewska-Jasińska, Zula Lesisz-Szapiańska.

Powstanie przeżyłyśmy „w biegu”. Pełniłyśmy służbę wszędzie tam, gdzie trzeba było zorganizować doraźną pomoc dla żołnierzy Powstania i dla cywilów. Pomiędzy magazynami z materiałami sanitarnymi, barykadami, wejściem do kanałów, przy których czatowałyśmy na wychodzących rannych, szpitalami powstańczymi.

Na szesnaście harcerek z mojego patrolu przeżyło osiem.

Któregoś dnia dostałam wiadomość, że mój brat Tadeusz został ranny. Przypadkiem spotkany jego dowódca powiedział mi, że brat jest na Starym Mieście, na Długiej; była tam barykada zwana Redutą Matki Boskiej. Kiedy doszło do ewakuacji Starego Miasta, jednostka brata dostała rozkaz wyjścia jako ostatnia. W pewnym momencie pojawił się tam ktoś z rodziny Radziwiłłów — stosunkowo niedaleko znajdował się pałacyk Radziwiłłów. I kiedy już porozdawał wszystko, co mogło być żołnierzom potrzebne, wręczył jeszcze bratu buteleczkę bardzo dobrej wody kolońskiej. Brat machinalnie włożył ją do kieszeni bluzy. Kiedy bronił Reduty Matki Boskiej przed nacierającym czołgiem, dostał postrzał w nogę. Gdy schodził — jako ostatni — do kanału, już się bardzo źle czuł, oprócz ran miał popękane bębenki uszne. W kanale zrobiło mu się słabo. I wtedy przypomniał sobie o tej wodzie kolońskiej. Alkohol wrócił mu siły. Jakoś doszedł do Śródmieścia. Zawsze potem powtarzał, że to dzięki wodzie kolońskiej księcia Radziwiłła. Ale ja wiem, że to Matka Boska…

Zofia i Tadeusz Schuchowie (1921).

Zofia i Tadeusz Schuchowie (1921).

W jaki sposób go znalazłam? Kiedy powstańcy ze Starówki przechodzili kanałami, dyżurowałam razem z koleżankami, przy wyjściu z kanału na rogu Nowego Światu i Chmielnej. Ponieważ akurat odwołano mnie do szefa sanitarnego, koleżanki przybiegły do mnie: „Chodź, znalazł się, ale jest bardzo poharatany…”. Przetransportowano go do szpitala na rogu Dobrej i Drewnianej. Kiedy się dowiedziałam, że poraniony przeszedł kanałami ze Starówki, uświadomiłam sobie, że dostanie tężca, jeżeli natychmiast nie dam mu szczepionki. Z surowicą przeciwtężcową obiegłam wszystkie sale szpitala i zobaczyłam go wreszcie, leżącego na piętrze. Jego pierwsze pytanie brzmiało: „Przyniosłaś przeciwtężcową?”. Skinęłam głową. „Wiedziałem, że przyniesiesz…”.

Po paru dniach brat dowiedział się, że Niemcy są już niedaleko, idą od Starówki na Powiśle, dlatego oddziały zabierają swoich rannych i przenoszą ich w bezpieczniejsze miejsca. Nie wiadomo było jednak, gdzie znajdował się jego oddział. Uprosił więc pielęgniarkę, żeby zawiadomiła mamę, która była na Solcu. Przybiegła natychmiast i dotarli razem do domu. Parę godzin później Niemcy zajęli szpital i wszystkich wymordowali. Do naszego domu na Solcu także przyszli. Wszystkim mieszkańcom kazali zejść na podwórze. Za chwilę padło słynne: „Banditen, wystąp!”. Brat siedział z zabandażowaną głową i zrobił ruch, że chce wstać. Ale ludzie przytrzymali go siłą. I zaczęli jeden przez drugiego poświadczać, „że to nie jest żaden bandyta”, „cały czas jest tutaj razem z nimi”, „przypadkiem dostał odłamkiem”. Niemcy za chwilę popędzili wszystkich do Pruszkowa. Mama zabrała z domu tylko igłę z nitką, guziki, tasiemki, jajka i składany stołeczek. Całą drogę podtrzymywała brata, a co pewien podstawiała mu stołeczek, żeby odpoczął. Była niezwykle przewidująca — przez cały czas pobytu w pruszkowskim obozie handlowała tymi guzikami, bo co i rusz ktoś prosił o przyszycie różnych rzeczy. Natomiast za jajka Rosjanie, którzy siedzieli w obozie obok, zrobili bratu dwie kule pod pachy. I kiedy tylko mama i brat dostali zwolnienie z transportu do Niemiec, przeszli do Podkowy Leśnej, do domu babci Anieli Schuch — która, niestety ciężko chora na raka, właśnie wtedy zmarła.

Zostałam w Warszawie do końca października. Choć powstańcy zgodnie z protokołem kapitulacyjnym uzyskali status kombatantów — dzięki staraniom hrabiny Marii Tarnowskiej, szefowej PCK — służba sanitarna AK musiała wyjść z miasta. Do końca opiekować się rannymi i pomagać ludności cywilnej, która jeszcze pozostała w Warszawie mogły tylko osoby z PCK. (Oczywiście, ustalenia przyjęte w czasie podpisywania aktu kapitulacji Powstania były nagminnie łamane).

Na moją i paru moich koleżanek z harcerstwa prośbę nasz szef przepisał nas na listę PCK, formalnie byłyśmy odtąd Służbą Sanitarną Miasta Stołecznego Warszawy PCK. Zależało mi na tym, bo od 1942 roku byłam w kierownictwie harcerskiej służby sanitarnej i nie chciałam, żeby harcerki, które pozostawały w szpitalach, były pozbawione opieki. Było ich w mieście bardzo dużo, wiele z nich nie miało rodzin, nie miały dokąd pójść. Częste były wtedy okrucieństwa i gwałty popełniane przez własowców. Obeszłam te wszystkie szpitale, żeby nasze dziewczęta wiedziały, że ktoś o nich myśli, kogoś ich los obchodzi. Maria Tarnowska interweniowała w sprawie naszych dziewcząt bardzo skutecznie i Niemcy zaczęli się trochę mitygować. Z ostatnim ewakuowanym szpitalem powstańczym, 24 października, wyjechałam z Warszawy.

Nadszedł styczeń 1945 roku, Armia Czerwona, a wraz z nią tzw. wojsko polskie, przekroczyła Wisłę. Nasz szpital znalazł się w Milanówku. Udało mi się zamieszkać w Podkowie Leśnej, w mieszkaniu babci Anieli, i codziennie dochodziłam do pracy, do Czerwonego Krzyża. Wprowadzono właśnie wypłaty ze zrzutów dolarowych — to był taki nielegalny żołd dla służby sanitarnej Powstania. Zajmowała się tym specjalna komisja, ja robiłam wypłaty. Ktoś musiał donieść o tym nowym władzom. Aresztowano mnie. Zażądano nazwisk osób, którym robiłam wypłatę. Ponieważ „zachorowałam” na zanik pamięci, trzymano mnie w więzieniu przez dwa tygodnie. Raz dziennie ktoś z Czerwonego Krzyża przynosił zupę.

Uratował mnie fakt, że komendant więzienia, typowy „ruski Polak” codziennie zalewający się wódką, dostał któregoś dnia ciężkiego delirium. Posłano po lekarza. Tym lekarzem okazał się być doktor Kafliński, z którym przepracowałam całą wojnę w dzielnicy Śródmieście–Północ! Kiedy komendant nieco oprzytomniał, doktor przemówił do niego: „Wy, człowiek tak inteligentny, wykształcony, że też pozwalacie zajmować cenne miejsce w więzieniu osobie niespełna rozumu” — tu wymienił moje nazwisko. Komendant zastrzygł uszami. „Co takiego? Jak to?”. „No tak, ja ją dobrze znam, to nasz pracownik, ona na wszystko odpowie, że nie pamięta, bo straciła rozum”.

Najwyraźniej trafiło to do przekonania komendantowi więzienia, bo z miejsca zaproponował, żeby doktor po prostu zabrał mnie ze sobą. „Cóż, skoro tak pan nalega…”, doktor Kafliński rozłożył ręce.

Druga konspiracja

Zaraz po wojnie postanowiłyśmy, w gronie przedwojennych instruktorek harcerstwa, w jakiś sposób chronić młodzież — kto tylko czuje się na siłach. Wiadomo było, że OrganizacjęHarcerską będą przejmować komuniści. Rząd lubelski wznowił harcerstwo, bo miało się ono stać w przyszłości ważnym ogniwem „prania mózgów”. Jako instruktorki ZHP zdawałyśmy sobie sprawę, na czym polega gra — młodzież była pod urokiem Szarych Szeregów, można było ją stosunkowo łatwo przyciągnąć do organizacji pod dawną nazwą, która nie będzie już jednak tym, czym była. Starałyśmy się rozeznawać, co dzieje się z młodzieżą. Zatrudniałyśmy się w PCK, organizacjach turystycznych, gdzie nasze nazwiska nie były znane, mogłyśmy się tam czuć względnie bezpiecznie. Oczywiście, kierownictwo tych organizacji było na usługach komunistów, odbierało zalecenia, jak skutecznie inwigilować młodzież. Ale i tam można było zbierać doświadczenia po to, by spełniać rolę „parasola” wobec młodych ludzi

W latach 50. XX wieku Organizacja Harcerska została zawieszona, a po 1956 roku wznowiono ją, ale ze zmienionym prawem harcerskim i przyrzeczeniem — nowe harcerstwo miało przygotowywać do wstępowania w szeregi ZMP i partii. W tym czasie byłam pod stałym nadzorem UB — parę razy mnie aresztowano — i miałam słaby kontakt z harcerkami. Odnowiłam harcerskie kontakty po 1956 roku, gdy dali mi spokój.

Zaraz po wojnie grupa instruktorek dawnej Organizacji Harcerskiej spotkała się w Krakowie i przedwojenna naczelniczka przekazała dr Zofii Florczak, znanej polonistce, swoją funkcję. Ze względu na bezpieczeństwo nie powstał jednak żaden dokument, protokół sporządzono kilka lat później.

Na spotkania, organizowane po Mszach św. w kościele przy Piwnej, przybywało nawet i ponad sto osób — organizowane były pod różnymi szyldami, harcerki miały zawsze fantazję. Występowałyśmy np. jako „emerytowane nauczycielki” w siedzibie ZNP… W latach 80. jedno ze spotkań, już wspólne ze Związkiem Harcerstwa Polskiego Poza Granicami Kraju, odbyło się na Zamku Królewski. ZHP PGK ściśle współpracował z kręgiem Wędrowniczek po Zachodnim Stoku.

Począwszy od lat 80. starały się docierać do nas przedstawicielki ZHP PGK, utworzonego z młodzieży, która wyszła z Rosji z Armią Andersa. Ksiądz Zdzisław Peszkowski był jednym z pierwszych organizatorów tych drużyn.

Wędrowniczki po Zachodnim Stoku

Zofia Schuch-Nikiel i przyjaciółki z Powstania Warszawskiego, lata 70. W prawym rzędzie, w środku Maria Jasiukiewicz, wdowa po Stanisławie Jasiukiewiczu.

Zofia Schuch-Nikiel i przyjaciółki z Powstania Warszawskiego, lata 70. W prawym rzędzie, w środku Maria Jasiukowicz, wdowa po Stanisławie Jasiukowiczu.

Zofia Florczak starała się odnaleźć instruktorki z terenów zajętych — z Podola, Wołynia, Polesia — które często były bardzo samotne. Odszukiwała też groby harcerek w całej Polsce i przywracała im Krzyż Harcerski. Dzięki jej staraniom w Alei Zasłużonych na Powązkach została pochowana Jaga Falkowska.

Od razu postanowiono, że nasz zespół, Wędrowniczki po Zachodnim Stoku, nie będzie miał osobowości prawnej i nie będzie należał do żadnej z legalnych organizacji harcerskich. Był jednak regulamin, odznaka harcerska. Przez zespół przeszło pięćdziesiąt instruktorek, w tej chwili jest nas na liście trzynaście, z czego osiem działających. W każdą pierwszą niedzielę października spotykamy się w gronie przedwojennych harcerek z całej Polski na Mszy św.

Na naszych spotkaniach po Mszach św. nie miałyśmy nigdy najścia UB, a bywały one bardzo liczne i organizowane pod różnymi szyldami.

Kiedyś zaprosiłam do siebie obie przewodniczące: ZHR i ZHP — żeby się porozumiały między sobą w sprawie wspólnego działania przy okazji organizowania obchodów rocznic Powstania. Ale, zaznaczyłam, groby na Powązkach nie są tylko symboliczne, nie można więc wszystkiego sprowadzać do umycia ich i położenia kwiatów. Czy nie warto przedstawić młodym przy tej okazji którejś z instruktorek, przypomnieć, jakie były ideały, którymi żyła ona i jej podobne osoby?

Pingwiny

Kiedy moja córka miała sześć lat, doszłam do wniosku, że powinna już zacząć życie harcerskie. Czasy były gomułkowskie, niełatwe. Zaczęłam od obozu zimowego, oczywiście prywatnego. Według ówczesnych przepisów, osoba dorosła mogła wziąć ze sobą na prywatny wyjazd dziesięć osób podopiecznych. Szybciutko zorganizowałyśmy się we trójkę z Sową, czyli Marią Werner, siostrą mojej kuzynki i drużynowej z XIV-ki, Heleny Werner, oraz z Wandą Wojtachny. Wzięłyśmy dzieci nasze i znajomych, było ich dwanaścioro. Zamieszkałyśmy u gazdy Franka Rzadkosza z Bukowiny.

Nasz gazda, poza tym, że był instruktorem narciarskim i ratownikiem, miał ukończoną tylko szkołę podstawową. Ale jednocześnie posiadał ogromną wrodzoną kulturę, był taktowny, delikatny i fantastycznie rozumiał dzieci. Pracował również na obozach dla dzieci niewidzących i nie słyszących. „Muszę im pokazać prawdziwe góry”, powiedział kiedyś, gdy opiekował się grupą dzieci ociemniałych. Kiedy wracali do Bukowiny, już z daleka słyszałyśmy krzyk dzieci: „Proszę pani, jakie myśmy widziały góry!”. Kiedyś przyjechał na nasz obóz ośmioletni chłopiec, absolutnie wyobcowany. Czuł się całkowicie poza grupą. Mówię do gazdy: „Niech gazda zwróci uwagę na Łosia, nie bierze udziału w «kominkach», nie śpiewa…”. Idziemy na ćwiczenia. Gazda mówi do dzieci: „Pokażę wam teraz nowy skręt” — i wola Łosia: „Michałku, ty pokażesz jak to się robi”. I chłopak, przy dyskretnych zachętach i pochwałach gazdy, poczuł się jednym z nas. Odjeżdżał szczęśliwy.

Gazda Franciszek Rzadkosz z Bukowiny Tatrzańskiej, który uczył Pingwiny jazdy na nartach.

Gazda Franciszek Rzadkosz z Bukowiny Tatrzańskiej, który uczył Pingwiny jazdy na nartach.

Kiedy szliśmy ćwiczyć na pólko, górale, patrząc na nasze granatowe narciarskie ubrania, mówili: „O, idą te pingwiny”. Odtąd byliśmy „obozem Pingwinów”. Ja zostałam Białą Foką. Każde z dzieci miało przyjąć jakieś imię, i powiedzieć, jakie cechy tego zwierzaka chce naśladować. Przez cały rok dzieci zbierały informacje o Antarktydzie — wieczorem były konkursy wiedzy geograficznej. Dzieciaki wracały z obozów bardzo zadowolone. Problemem było zdobycie biletów na pociąg. Pytano zawsze o kierownika, nazwę organizacji. Żądano: „Niech pani da pisemko”. Jakiś kolejarz powiedział w końcu: „Wystarczy, żebym dostał pismo «Krasnoludki proszą o przydział biletów»”. I dział socjalny w Ministerstwie Energetyki, w którym mój mąż pracował jako rzeczoznawca turbin, dał pismo. Było nas na Bukowinie coraz więcej. I wtedy zjawiła się ważna Pani Oficjalna z Ministerstwa Oświaty z Warszawy. Powiedziała, że ona „wcale nie ma na wykazie, że tu jest obóz”. I stwierdziła, że musi wszystko na własne oczy zobaczyć. Wchodzi do domu, a tam na każdych drzwiach napis: „zastęp taki to a taki”. Jakieś dziecko przychodzi do mnie i mówi: „Biała Foko, melduję…” itd. Powiedziała, że musi skontrolować jak wyglądają pokoje. I w końcu poprosiła: „Czy mogłabym zostać do wieczora?” A każdy nasz wieczór był typowym harcerskim „kominkiem”, z występami, opowiadaniami, śpiewami. Siedziała długo i w końcu powiedziała: „Chciałabym, żeby każdy zgłoszony obóz wyglądał tak jak wasz. Tutaj wszystko jest po harcersku. Ale na wszelki wypadek nikomu nie powiem, że tu byłam”.

Od 1958 do 1974 roku odbyło się piętnaście obozów narciarskich. Z czasem „Pingwiny” zaczęły wyjeżdżać latem nad Zalew Wiślany, nad wielkie jeziora mazurskie, gdzie żeglowaliśmy. Pamiętny był obóz naukowy, na którym dziesięcioro Pingwinów pod opieką profesora archeologii z PAN „szukało Jadźwingów”, pracując przy wykopaliskach.

Najważniejsze było to, żeby nie dać się przekonać. że skoro „mamy taki ustrój”, to wobec tego — klapa. Niedawno spotkaliśmy się w gronie „Pingwinów” i zapytałam, co było dla nich na naszych obozach najważniejsze? Odpowiedzieli prawie jednomyślnie, że nauczyli się żyć wśród innych ludzi, nie patrzeć obojętnie na człowieka, który znajduje się obok. Zrozumieli, jak ważna jest umiejętność współdziałania z tym kimś, kto jest inny od nas, i krytycznego oceniania własnego postępowanie. No i pokochali góry.

Skąd brały się siły i chęci? Zawdzięczam bardzo wiele mojemu ojcu. Wpajał mi trzy zasady, którymi kierowałam się przez całe życie. Od najmłodszych lat wiedziałam, że mam pomagać wszystkim potrzebującym pomocy, nawet zanim o to poproszą. Że nie mam prawa oczekiwać od nich nigdy wdzięczności, ponieważ, jak mawiał ojciec, „dobro zawsze wraca” — choć nigdy nie wiadomo, kiedy i od kogo. I to mogę poświadczyć licznymi przykładami.

Może najbardziej niesamowity był pewien fakt z czasów okupacji. Było to na stacji kolejowej w Warce. Przed wywiezieniem do obozu koncentracyjnego uratował mnie wtedy zupełnie obcy człowiek, w dodatku gestapowiec. Niemcy zrobili łapankę, część pasażerów ustawili po lewej, resztę po prawej. Znalazłam się wśród tych po prawej. I nagle rzucił się do mnie Niemiec z psem. Wilczur szczerzył kły, a on popychał mnie gwałtownie kolbą, krzycząc: „Nie, ty idziesz na lewo!”.

Ludzie, wśród których się znalazłam, zaczęli w pewnym momencie szeptać: „No wie pani, ma pani ogromne szczęście… Tych z prawej wywożą budami prosto do pociągu, i dalej, do obozu”.

Była to po ludzku rzecz biorąc zupełnie niezrozumiała sytuacja. Mogę tylko powiedzieć, że dobro wróciło…

Druga zasada ojca brzmiała: Nie przywiązuj się do rzeczy materialnych, dziś są — jutro ich nie ma.

I trzecia: Szanuj każdego człowieka, kimkolwiek by był i pamiętaj, że miłości i przyjaźni nikt ci nigdy nie odbierze.

* * *

Pingwiny do dziś utrzymują ze sobą kontakt i odwiedzają 91-letnią Białą Fokę. A ona nie ogranicza się bynajmniej do przyjmowania wizyt i snucia wspomnień. Wytrwała w harcerskim pokonywaniu własnych słabości i jest oparciem dla wielu ludzi. Niestrudzona w nadawaniu więzi harcerskiej rangi przyjaźni na dobre i złe. Przyjaźni, której nie był w stanie naruszyć najlepszy z ustrojów i którą można czynić świeżą i młodzieńczą, będąc w każdym wieku. Pani Zofia organizuje coroczne rekolekcje dla Wędrowniczek. Czuwa. Harcerski duch — przekazany dzięki darowi przyjaźni i bezinteresownej ofiarności — poza oficjalnymi strukturami, w najbardziej niesprzyjających warunkach zewnętrznych, okazał się silniejszy niż wszystko, co dzisiaj ludzi dzieli.

(2007)

  1. Maria Jasiukowicz z d. Byszewska, od 1946 znana jako Halina Stępniewska, ur. w 1898 w Petersburgu. Absolwentka Gimnazjum im. C. Plater-Zyberkówny w Warszawie. Mieszkała w majątku rodzinnym k. Kutna. Wyszła za mąż za Stanisława Jasiukowicza, absolwenta studiów ekonomicznych w Monachium, działacza Stronnictwa Narodowego. Od 1940 — w Warszawie. Mieli troje dzieci: Andrzeja, ur. 1920, Hannę, ur. 1925, i Marię, ur. 1927. Maria Jasiukowicz jeszcze przed I wojną światową należała do harcerstwa, współpracowała z późniejszą harcmistrzynią Rzeczypospolitej Jagą Falkowską przy organizowaniu pierwszych drużyn żeńskich we Lwowie. Przed 1939 przeszła przeszkolenie sanitarne w PCK, co pozwoliło jej pracować przez pierwsze lata okupacji w charakterze siostry PCK. Od początku należała do ZWZ, później AK, ps. „Halina”. Była zastępczynią kierowniczki Służby Sanitarnej WSK-AK okręgu Warszawskiego, współpracując ze Służbą Sanitarną Pogotowia Harcerek, a później komendantką. Wraz z Szefem Sanitarnym ustalała lokalizację przyszłych szpitali, punktów sanitarnych, wyposażenia, obsady personalnej. W czasie Powstania Warszawskiego „Halina” przydzielona została do Szefa Sanitarnego Powstania, płk. Lenka, „Bakcyla”. Odznaczała się ogromna troskliwością w stosunku do podległych jej sanitariuszek, budziła zaufanie, przywracała dziewczętom wiarę w sens ich pracy, w konieczność kierowania się zasadami służby Ojczyźnie i bliźniemu. Wyszła z Warszawy po ewakuacji wszystkich szpitali, razem z pracownikami PCK. Połączyła się z córkami i mężem. Po wywiezieniu aresztowanych podstępnie członków Rządu Państwa Podziemnego, wyjechała nielegalnie, z fałszywymi dokumentami, wraz z dziećmi do Anglii. Żeby utrzymać rodzinę, pracowała jako krawcowa, później została właścicielką małej pracowni krawieckiej. Nigdy nie odmawiała pomocy potrzebującym, szczególnie uchodźcom z Polski komunistycznej. Przez 3 lata przebywała w Stanach, 17 lat we Francji. Gdy było to możliwe, przyjeżdżała do Polski i spędzała wiele czasu z dawnymi przyjaciółkami z Powstania — oprac. Zofia Schuch-Nikiel. []

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Listopad 2017
    N P W Ś C P S
    « paź    
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    2627282930