Benedykt XVI abdykuje: „Dobre” złe wiadomości

Wiadomość o abdykacji Ojca Świętego wywołała trzęsienie ziemi w umysłach katolików. Pierwszą reakcją był smutek. Powaga, milczenie. Nastrój powszechny i całkowicie jednoznaczny — podniosły, pełen bólu i niepokoju o Kościół. (Tak zareagowały np. wszystkie bliskie mi osoby, także dalsi znajomi, a nawet ludzie spotykani na ulicach, z którymi miałam okazję rozmawiać).

Wobec takiego faktu wypada milczeć. Spekulacje są czymś rażącym, niestosownym. Nikt rozsądny nie oczekuje, by motywy dramatycznej decyzji następcy św. Piotra mogły być w najbliższym czasie wyjaśnione. Tajemnica pozostanie tajemnicą. Wiadomo jedynie — bo sam Benedykt XVI tego nie krył — że jego decyzja ma związek z jego stanem duchowym. Ale jaki jest to stan? Smutku, zwątpienia, osłabienia wiary? Ale może Ojciec Święty mobilizuje też swoje siły duchowe do jakiegoś nadludzkiego wysiłku? Może, wobec powszechnie znanego faktu, że nie jest w Kościele słuchany, ma zamiar zabrać głos i zająć stanowisko w inny, jeszcze nie zrozumiały dla nas sposób i chce do tego celu wykorzystać pozostałe mu jeszcze instrumenty prawne? Tego nie wiemy i nie powinniśmy próbować gwałtem zedrzeć zasłony tajemnicy.

Nie ulega wątpliwości tylko jedno. Ta decyzja nie jest jedynie prywatną decyzją schorowanego biskupa Rzymu, który chce się swoją chorobą zasłonić przed odpowiedzialnością za Kościół. Ona wstrząsa całym światem chrześcijańskim i poza chrześcijańskim. Cały zaś kontekst i sposób jej ogłoszenia wskazuje, że Benedykt XVI przystąpił do decydującego rozrachunku z tym, co zapowiedział przy obejmowaniu Urzędu Piotrowego. Powiedział wówczas — warto to przypomnieć — że Kościół przypomina podziurawiony okręt, że woda wlewa się weń wieloma otworami, oraz poprosił katolików całego świata o modlitwę, „bym nie uciekł z obawy przed wilkami”.

Jose Benlliure

Jose Benlliure

W przeciwieństwie do statecznej, pełnej powściągliwości reakcji ludzi wierzących, którzy wolą nie mówić nic w obliczu wydarzenia tak wstrząsającego, by nie powiedzieć czegoś trywialnego i zwyczajnie głupiego, opinia publiczna, czyli komentarze publicystów, osób publicznych, tzw. dyżurnych katolików (a nawet niektórych duchownych), są swobodne, rozgadane, swoiście beztroskie. Słowa leją się jak z cebra. W wielu wypadkach to wynik zawodowej choroby; w tym fachu trzeba wciąż wyrzucać z siebie słowa, jak kule karabinowe podczas ostrzału przeciwnika. Zadano temat, więc mówi się to, co aktualnie przychodzi do głowy.

Cechą charakterystyczną tego typu reakcji jest jednak to, że w jednym komentarzu zawierają się najczęściej dwie całkowicie sprzeczne tonacje. Z jednej strony: podekscytowanie i wręcz osobliwa satysfakcja (niektórzy nawet mówią o swojej radości, że Papież jest tak odważny i silny), słowem przekonanie, że Benedykt XVI uczynił coś pozytywnego, zasługującego na szacunek i podziw: oddał pole następcy, który będzie zapewne bardziej kreatywny, aktywny, chętny do podróży i nieustających masowych mitingów, i na pewno pójdzie drogą „nowej ewangelizacji”. A wszystko to przemawia na korzyść Kościoła, który będzie dalej „otwierał się na świat”. (Zauważmy, może to potwierdzać przypuszczenie, że Benedykt XVI nie mógł podjąć się w zgodzie z sumieniem dalszego kierowania Kościołem z tak nastawionym otoczeniem; nie mógł wypełniać obowiązków stanu). Z drugiej strony obecna jest w tych komentarzach pewna skrywana niepewność, lekki popłoch, czy rozwój wydarzeń nie każe aby w najbliższym czasie skorygować tego nastroju i uderzyć w ton żałobny.

W sumie — trudno zaprzeczyć, że w opiniach panuje dezorientacja i zaniepokojenie, że sytuacja może wymknąć się spod kontroli. Kręgi niechętne Kościołowi nie są najwyraźniej pewne, co też ten sprytny Niemiec szykuje. Czy nie okazał się aby o wiele bardziej przewidujący od swoich przeciwników i nie zagrał, jak mówi się w kręgach hazardzistów va banque.

Komentatorzy modernistyczni szukają także na gwałt analogii z odejściem Jana Pawła II i próbują obie postawy porównywać i łączyć, a to w myśl postmodernistycznej zasady, że zestawić można wszystko ze wszystkim i połączyć w jedną całość dowolnie wybrane elementy, co rzecz jasna, nie może wyglądać poważnie. A wszystko to podlane jest sosem oficjalnego hurraoptymizmu. Każdy fakt, łącznie z abdykacją papieża, w całej rozciągłości potwierdza tezę, że mamy właśnie „wiosnę Kościoła”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że brzmi to jak zaklinanie węża.

Hasłem luteranizmu było: każdy człowiek papieżem!

W tych słowach przestrzegał przed doktrynalnym zamętem szwajcarski kaznodzieja, ks. prałat Robert Mader z Bazylei, jeszcze w latach 20. minionego wieku (autor książek cieszących się uznaniem w świecie katolickim: „Chrystus Król. Rozważania antylaickie” i „Jestem katolikiem! Rozważania antyliberalne”).

Hasłem nowoczesnej rewolucji: każdy człowiek królem! Hasłem radykalnego liberalizmu musi być konsekwentnie: każdy człowiek Bogiem!1.

Jedyność, wyjątkowość i niepowtarzalność władzy papieża zawsze była i jest solą w oku wrogów Kościoła. Każdy sygnał czy przypuszczenie, że władza ta słabnie — a już szczególnie fakt tak spektakularny — musi budzić w tych kręgach prawdziwy entuzjazm. By zaś nie zaczęto się w Kościele gorliwiej modlić w intencji Ojca Świętego, który jest jedyną osobą, która może przezwyciężyć kryzys dotykający Kościół (jest wszak monarchą absolutnym, co jest bezspornym faktem, wbrew niedogmatycznemu kolegializmowi), zalewa się nas potokiem informacji, które nie niosą żadnej treści lub są dezinformujące.

W myśl zasady: więcej informacji, mniej rozumienia mechanizmów, mniej refleksji i dociekania istoty sprawy. Przypomnijmy:

Niewidzialne królestwo Chrystusa jest widzialnym królestwem papieża i hierarchii kościelnej2.

Indywidualna jednoosobowa odpowiedzialność Głowy Kościoła za Kościół jest czymś tak obcym dzisiejszemu światu, dla którego bezpieczne jest tylko to co wspólne, zbiorowe, kolektywne (wspólnotowe) — a więc nieuchronnie miałkie i oddalające od Boga — że niektórzy dobrze zorientowani watykaniści nie wahają się, by wyrazić radość, że oto wszystko jest na najlepszej drodze, by „własna osobowość” Benedykta XVI „nie zasłaniała wcielonego Boga”. Postawa papieża jest w ich interpretacji „darem dla nas”.

W ten właśnie sposób przejawia się festiwal antykatolickiej obłudy.

Chrystus zbawia nas jednoosobowo, nie zbiorowo. I kieruje nami odnosząc się do serc, sumień i umysłów poszczególnych osób. Każdy zaś kapłan jest pośrednikiem między Nim a nami. Zbawienia zaś poza Kościołem nie ma, bo nie ma go poza Chrystusem.

Benedykt XVI powiedział nam, katolikom, swoją decyzją bardzo dobitnie coś niezmiernie ważnego o stanie, w jakim znajduje się on sam, czyli również — Kościół. Być może nie mógł tego uczynić w żaden inny sposób. Być może był to jedyny, jakże trudny, także dla niego samego sposób, by wiedza ta mogła się do szerokich rzesz katolików przedostać. Od naszej mądrości zależy, czy to usłyszymy i co dalej z tą wiedzą zrobimy.

Również w wypowiedziach hierarchów, którzy dziś zabierają głos na temat stanu Kościoła, o wiele ważniejsze jest to, co nie zostaje powiedziane, niż to, co słyszymy.

Nie zmienia to jednak w niczym sytuacji Kościoła, jego niewidzialnym władcą pozostaje nadal Chrystus, którego namiestnikiem jedynie jest papież. I tak już będzie do końca świata.

  1. Ks. R. Mader, „Chrystus Król”. []
  2. Ks. R. Mader. []

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Luty 2018
    N P W Ś C P S
    « sty    
     123
    45678910
    11121314151617
    18192021222324
    25262728