Barbarzyńca w ogrodzie, barbarzyńca w zagrodzie

Posted on 22 maja 2016 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

 

„Wpatrujemy się nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie” (II Kor, IV, 18). Jeśli istnieje na świecie szczęście, to jest ono związana z tą świadomością, z tym odkryciem. Mieszko I musiał być człowiekiem szczęśliwym, gdy poznał i przyjął swoim pogańskim (dotąd) umysłem doktrynę chrześcijańską.

Nawrócenie Mieszka I oznaczało rozstanie się władcy Polan z naturalizmu, odrzucenie pogańskiej kultury, zerwanie z tradycją pierwotną. Dziś mamy w Polsce do czynienia z przejawami przeciwnego procesu – w wielu obszarach kulturowych, także politycznych – w tych rejonach lewica i prawica (ta najbardziej konserwatywna) – są zjednoczone i ściśle współpracują, choć nigdy werbalnie tego nie potwierdzają; działają wspólnie na rzecz rewolucji.

Wyraźne symptomy preferowania naturalizmu w kulturze i obyczajowości dzisiejszej nie szokują nas, bo zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić. Istnieje na przykład szczególna moda sadzenia  przy różnych rocznicowych okazjach „dębów pamięci”– co jest nawiązaniem do tradycji „świętych” drzew i „świętych” gajów – zamiast stawiania krzyży, wznoszenia kaplic, kapliczek. Masowe rozrywki na stadionach przypominają coraz bardziej igrzyska, ekstrakt pogańskiej kultury, która czcią otaczała witalność, płodność, siłę biologiczną człowieka. Do tego dochodzi indywidualny kult ciała praktykowany w „gabinetach odnowy”, przy niezobowiązującym traktowaniu stroju; sport gloryfikowany i wyznawany na modłę nowej religii, przypisywanie jednostce specjalnych praw, nie pochodzących od prawa moralnego (których celebracja budzi skrajne emocje i zajmuje nadmiernie ludzkie umysły, staje się nawet przedmiotem nauczania). Wreszcie bałwochwalstwo związane z władzą, pieniędzmi, wynalazkami technicznymi. Znamienne jest też adaptowanie do sfery języka pojęć, którym przez zabiegi semantyczne odbiera się jednoznaczną treść (jedną z warszawskich księgarni nazwano „Czuły barbarzyńca”). Coraz częściej słychać oklaski (typowe dla pogańskich misteriów) podczas uroczystości religijnych w kościołach, etc.

Warto zauważyć, że w podziałach, jakie dziś mają miejsce w Polsce, tych, które najbardziej kłują w oczy, tło polityczne wcale nie odgrywa roli decydującej. Nowa władza w Polsce nie podoba się części społeczeństwa, ponieważ niesie ze sobą powrót do zasad moralnych, które zostały już dawno przez nią odrzucone jako po prostu niepotrzebne, zbędne, utrudniające egzystencję, mącące przyjemność konsumpcyjnej beztroski. Przywracanie ich w życiu publicznym kojarzy się z niewygodą, ciężarem, mozołem, a nawet zniewoleniem, a oni chcą żyć tak swobodnie jak ptaki, jak rośliny. I żeby nikogo nie obchodziło jak żyją. Tak żyć jakby Boga nie było. W Polsce tworzy to siłą rzeczy społeczną sytuację konfliktową.

Jak pisał trzydzieści lat temu Romano Amerio, jest całkiem możliwe, że „proces rozpuszczania religii katolickiej w substancji świata będzie postępował nadal i że rodzaj ludzki zmierza ku totalnym przekształceniom form politycznych, wierzeń religijnych, struktur gospodarczych, instytucji globalnych i pojęć kulturowych”. Jedną z manifestacji tych totalnych przekształceń jest nasz rodzimy KOD i towarzyszące mu struktury polityczne i para-polityczne oraz specyficzna kultura. Nie przypadkiem hasłem jest „nowoczesność”, „Europa” – tj. UE, „postęp”, etc. Wszystko rzecz jasna dokonywałoby się – i dokonuje się – „w imię rozwoju człowieka traktowanego jako samoistny cel, przy pomocy środków czysto ziemskich. Takie królowanie ludzkości, czyli, jak powiedział Roger Bacon, rozciągnięcie imperium człowieka na wszystko, co możliwe, stanowiłoby owo katastrofalne novum…”  (R. Amerio). Zapowiedź owego wspaniałego nowoczesnego życia kojarzonego z totalnym zawojowaniem świata, całej ziemi (oraz podziemia i kosmosu) wraz z podporządkowaniem tej idei wszystkich społeczeństw znajdujemy w filozofii marksistowskiej, a także w nowatorskiej teologii (w teologii wyzwolenia, ale także szerzej, w modernizmie).

Fakt, że w roku rocznicy Chrztu Polski odbudowuje się w Polsce ład państwowy wsparty o autorytet rządzących, a nie o podporządkowaną globalnym strategiom i interesom technokrację, jest poważnym ciosem w plany zanarchizowania społeczeństwa należącego do Europy łacińskiej. A tym samym, w plany przekształcenia cywilizacji chrześcijańskiego Zachodu, która rozpoczęła się wraz ze chrztem władców europejskich, w odpowiednik plemiennej wspólnoty. Na modłę tej, którą ukształtowała tradycja pierwotna, będąca emanacją pogańskiego społeczeństwa kultywującego zemstę, niewolnictwo, ofiary z ludzi i wielożeństwo.

Drzwi gnieźnieńskie, męczeństwo św. Wojciecha

Drzwi gnieźnieńskie, męczeństwo św. Wojciecha

Na różne sposoby próbuje się dziś zaufanie do rządzących w naszym państwie podważyć, wykorzystując socjotechnikę i szukając wsparcia u lewicy międzynarodowej, właśnie w tym celu, by państwo, a zwłaszcza jego polityczne władze nie były nośnikiem i wyrazicielem zasad chrześcijańskiego ładu. Ład chrześcijański powstaje, gdy porządkuje się sprawy publiczne z myślą o nadprzyrodzonym celu człowieka, nie ma on na uwadze doskonalenia natury w człowieku i „rozciągnięcia władzy człowieka na wszystko, co tylko możliwe”. Ten ład uwzględnia panowanie nad naturą i „doskonalenie” jej jako coś ubocznego, co realizowane jest przy okazji, mimochodem.

Umysł Mieszka I musiał w 966 roku dokonać ogromnego „skoku”; przejście od religii pogańskiej do wyznawania Trójcy Świętej łączyło się z pokorą niezbędną do przyjęcia prawdy z ust katechety (najprawdopodobniej był nim biskup Jordan) i z wielką pracą intelektu. Pośród zmienności ludzkiego losu i przyziemności ludzkich celów Mieszko ujrzał niezmienność Boga i Boga jako cel. Wieczność Jego praw oraz celowość życia ludzkiego. Celowość natury kobiety i mężczyzny. (Dlatego m.in. władca Polan przestał korzystać z usług nałożnic i był wierny swojej małżonce, Dobrawie, a po jej śmierci Odzie). Chciał być dobrym chrześcijaninem, a przez to także, siłą rzeczy, stał się budowniczym cywilizacji wznoszącej człowieka ku Bogu.

O tym, czym było pożegnanie Mieszka I z naturalizmem – zerwaniem ze wszystkimi porywami zmysłów, które niweczą sakramentalną więź człowieka z Bogiem oraz z barbarzyńskim sposobem myślenia o sobie, o swoich powinnościach i o innych ludziach – można przekonać się a rebours obserwując, w jaki sposób środowiska opozycyjne wyrażają dziś swoje oceny i uczucia wobec przeciwników politycznych i ideowych. Na sali sejmowej, podczas dyskusji w studio telewizyjnych i radiowych, demonstracji ulicznych, w Internecie. Dominuje ekspresja jakby żywcem przeniesiona z prehistorii, typowa dla  mentalności naturalistycznej (widać to zwłaszcza na twarzach ludzi) – jakby w Polsce nigdy nie istniała kultura inna niż pogańska. Skądinąd tożsama z kulturą rewolucyjną – co do istoty i formy. KOD i inspirujące go środowiska polityczne usiłują bronić dziś w Polsce nie tylko dawnego systemu politycznego, ale kultury typowej dla okresu barbarzyństwa, choć wcale nie z naszego obszaru geograficznego. Kultury, której znakiem szczególnym jest brak zahamowań w relacjach z ludźmi wynikających z zasad savoir-vivre, poddanie się emocjom, nieokiełznana konsumpcja, erotyzm w sferze publicznej jako norma kulturowa, igrzyska i masowe rozrywki połączone z okrucieństwem, traktowanie tych, których identyfikuje się jako wrogów jak nie-ludzi.

To fakt, że ludzie identyfikujący się z KOD-em robią wrażenie przygnębiające. Wulgarny język, dziwaczne ruchy podczas demonstracji, zaaplikowane im przez polityka kojarzonego z Narodową Demokracją, przypominają niekiedy nerwowe drgawki. Żaden tłum jednak nie stanowi budującego widoku. A w tłumie zdarzają się bardzo różni ludzie. Co tak naprawdę ich łączy? Na pewno nie są to tylko emocje wobec nielubianej władzy, irytacja wobec partii politycznej, której program wydaje im się mało wartościowy, uwiedzenie i podporządkowanie medialnemu przekazowi. To za mało, by zaangażować się w uliczny protest. Istnieje  coś głębszego.

Niewątpliwie idea, która ich łączy uważana jest przez nich samych za coś ze wszech miar pozytywnego. Być może łączy ich to wspólne, mocno ugruntowane przeświadczenie, że szczęście ludzkie trzeba oddzielić od szczęścia moralnego. Dominuje w nich poczucie, że dobro natury człowieka jest wyższym dobrem niż dobro osoby. A wszystko, jak podkreśla cytowany wyżej włoski filozof, „nastawione jest na  postęp ziemski: panowanie nad światem uznaje się za absolutny cel człowieka. Tymczasem zgodnie z religią wyłącznym celem człowieka jest służenie Bogu i radość obcowania z Nim”.

Jest władza prawdziwa, duchowa

Gdy patrzy się na twarze ludzi nowych polskich władz uderza jedno: są to twarze ludzi spokojnych i właśnie, w jakiś sposób, pomimo widocznego nieraz zmęczenia, radosnych. Historia, po 1050 latach od odstąpienia przez Polaków od pogaństwa i naturalizmu zatacza dziś koło. Obrona państwa utworzonego na fundamencie przyjęcia przez pierwszego politycznego władcę pojęcia Boga – Trójcy Świętej stała się zadaniem wybranych w wolnych wyborach polskich władz. Wcale nie tak licznej grupy ludzi świadomych jednak, jak niewielu współczesnych polityków, swych celów. Prawdziwej elity kulturowej i intelektualnej naszego kraju. Trudzą się one nad wielkim, bez najmniejszej przesady, historycznym dziełem: utrzymać i wzmocnić niepodległą Polskę w Europie ogarniętej przez ideologiczny globalizm i ulegającej coraz bardziej neopogaństwu. Kraj trwającej tu nieprzerwanie, pomimo wielu przeciwieństw, cywilizacji chrześcijańskiej.

Pietas patri - Trójca Ojcowska, autor nieznany (XV w.)

Pietas patri – Trójca Ojcowska, autor nieznany (XV w.)

Pielgrzymi pod Jasną Górą w roku Tysiąclecia Chrztu Polski. To nie był żaden tłum (jak wydawało mi się wtedy, w 1966 roku, gdy byłam dzieckiem). Nie było żadnej ludzkiej masy. Nie było też nic anarchicznego w tych spieszących na Jasną Górę ludzkich grupach, czy zgromadzeniach oblegających wały i błonia pod klasztorem. Anarchia to nierozumienie ładu, odrzucenie całego – wewnętrznego i zewnętrznego – uporządkowania wynikającego z zasady politycznej, czyli racji stanu państwa polskiego. Oni zaś mieli przed oczyma tę inna władzę, prawdziwą, jak mówili, ku której spieszyli, wspinali się; czasem już pod samym szczytem jasnogórskim rzucali się krzyżem lub szli na kolanach. Dziwiono się tym formom wyrażania czci dla Boga. Niektórych postępowców, zwłaszcza komunistycznych propagandystów i tych, którzy „naukowo” zwalczali religię katolicką, śmieszyło to do łez. A przecież nie mogło być inaczej – gdy człowiek wyposażony w pokorę zbliża się do Kogoś, czyj majestat uznaje za nieskończony. Do Królowej Nieba i Ziemi.

Po latach odezwało się w moim życiu echo tamtych wydarzeń. Spotkana podczas wakacji, przy wiejskiej drodze, starsza kobieta, która wracała z pola z motyką przerzuconą przez ramię, zatrzymała się na chwilę pogawędki; chłopi lubią takie rozmowy, gdy wracają do domu przy zachodzącym słońcu. Komentując jakąś niedorzeczną i krzywdzącą rolników decyzję władz gminnych nagle wyprostowała się i powiedziała z wielką godnością: „Władza? Jaka tam władza! Jest inna władza, prawdziwa – duchowa!”

Spokój i pewność tamtej kobiety wracają często w moich myślach. Wiara prostego ludu – wyśmiewana, piętnowana i tępiona z równą pasją przez pracowite mróweczki propagandy jak złotoustych felietonistów i ironicznych mędrców w „Tygodniku Powszechnym”, „Więzi”, „Wyborczej” religijność ludowa. Tak całkowicie i bez reszty niedojrzała, tak bezczelnie aintelektualna, zadufana do szpiku kości. Po prostu groźna, obca, ze swej istoty zła. Trzeba było się za nią w tych wszystkich salonach, gdzie upajano się własną elokwencją i jadowitym dowcipem, podszytych nieskrywanymi sympatiami marksistowskimi, głęboko wstydzić.

Niesłychana cześć polskiego ludu dla świętości Boga jest najpiękniejszym wspomnieniem mojego dzieciństwa, mogę to dziś śmiało powiedzieć. I myślę z dumą o moich braciach, utrudzonych pielgrzymach. Pielgrzymi zmierzający w latach Wielkiego Jubileuszu na Jasną Górę byli najbardziej realistycznie myślącymi ludźmi, jakich kiedykolwiek miałam okazję pośród moich rodaków spotkać. Myśleli o sobie, o swoim powołaniu i przeznaczeniu, o swoich obowiązkach stanu, o swojej kondycji moralnej, jak ludzie wolni. Ludzie, którym przyszło skorzystać w pełni z władz umysłowych, w które wyposażył ich Bóg.

Mieszko I przyjmując chrzest i podejmując decyzję o chrzcie swojego ludu także był człowiekiem wolnym. Oddanie w lenno całej swojej ziemi Bogu – co uczynił nasz pierwszy polityczny władca, a co poświadcza istniejący w odpisach dokument Dagome iudex – nie było żadną ekstrawagancją w czasach średniowiecza. I nie był to tylko poryw serca. Był to przede wszystkim akt rozumu. Powiedzenie: ufam Tobie, Boże, nie sobie.

Drzwi gnieźnieńskie (fragm.)

Drzwi gnieźnieńskie (fragm.)

To samo uczynił właściciel hrabstwa Bigorre we Francji, na którego terenie leży Lourdes, Bernard I wraz ze swą małżonką Clémence – ofiarował ziemię, a także zamek i miasto – w lenno Matce Bożej z Le Puy – en – Velay, najstarszego francuskiego sanktuarium maryjnego, leżącego około dwustu kilometrów od Lourdes. Był rok 1062, czasy Karola Wielkiego. Do dziś istnieją we francuskich archiwach odpowiednie akty potwierdzające przekazanie własności. (Odnalazł je na początku ubiegłego wieku adwokat z Bordeaux i poświęcił tej sprawie książkę; główny dokument z epoki, jak pisze Vittorio Messori w pracy „Opinie o Maryi”, dotrwał w idealnym stanie do naszych czasów i jest przechowywany w archiwum w Pau). W 1858 roku Matka Boska objawiła się w Lourdes nie w miejscu przypadkowym, ale na ziemi, która była jej prawną własnością.

„Istnienie tych starożytnych dokumentów sankcjonujących wspomniany obowiązek [płacenie corocznej daniny na rzecz sanktuarium w Le Puy – EPP], bardzo nas dziś porusza”, mówi włoski pisarz. „Pamiętajmy, że za sprawą tych dokumentów, w określonych dniach roku, na najwyższej wieży zamku w Lourdes opuszczano hrabiowską chorągiew (a później sztandar francuskich królów, którzy przejęli te ziemie), a na jej miejsce wciągano flagę Notre – Dame de La Puy, aby w ten sposób pokazać, że władze ziemskie jedynie zarządzają tą posiadłością, do której prawa ma sama Królowa Niebios”.

„W sanktuarium w Le Puy- en – Velay Maryja czczona była przez wszystkie europejskie narody jako ta, która dostąpiła Zwiastowania. Przybywały tu niezliczone rzesze pielgrzymów, a najwięcej gromadziło się ich wówczas, gdy dzień 25 marca przypadał w Wielki Piątek i można było dostąpić […] odpustu zupełnego. To tu, zgodnie z tradycją – którą potwierdził również sam św. Bernard – powstała Salve Regina… Tutaj w 1440 roku powstał zwyczaj, który szybko rozprzestrzenił się w całym chrześcijańskim świecie, odmawiania modlitwy Anioł Pański nie tylko o świcie i o zachodzie słońca, ale również w południe. Kult, którym otaczano tu Maryję, nie miał charakteru lokalnego, lecz był zjawiskiem tak powszechnym, że czarna Dziewica umieszczona na ołtarzu (spalona później w 1794 roku przez rewolucyjnych wandali, na stosie ułożonym w miejscu, gdzie zwykle wieszano złoczyńców i uformowanym z pochodzących z archiwum dokumentów, do którego wyobrażenie Maryi dowiezione zostało na wozie do przewożenia gnoju) nazywana była przez świętych i papieży Mater omnium, Matką wszystkich”.

W 1858 roku w Lourdes Bernadeta usłyszała od Pani, która stanęła w wycięciu groty Massabielle, polecenie: „Idź, powiedz księżom, by wzniesiono tu kaplicę i przychodzono tu z procesją”. Sama Matka Boża potwierdziła, że miejsce to jest Jej drogie.

Czasy średniowiecza odznaczały się precyzją myślenia w kwestiach nadprzyrodzonych. Ludzie średniowiecza nie mieli trudności w rozumieniu prawd wiary, bowiem wykładane im były w Kościele jasno, klarownie, bez infantylizmu i połączenia z zabawą, jak to się dziś niekiedy spotyka (np. podczas tzw. „Mszy dla dzieci”), z szacunkiem dla umysłu człowieka. Wiadomo było, jakie są relacje między władzą duchowną i świecką. Wiadomo było, czego Bóg wymaga od człowieka. Uznanie swojej całkowitej zależności od Boga nie sprawiało ludziom średniowiecza żadnych trudności, podobnie jak w wiekach późniejszych – w Polsce aż do końca XX wieku – nie sprawiało to żadnych problemów ludowi, czyli prostaczkom. Łączył ich z Bogiem, z Matką Bożą konkret – nie „stany”, doznania, wrażenia, nastroje – ale wiara, oparta o poznanie Boga, nadzieja i miłość. Messori konkluduje: „…kiedy Kasztelanka mówi, że chce, by >przychodzono tu z procesją<, to zachowuje się tak, jak każda >dobra władczyni, matka swoich poddanych, która chce, by jej dzieci odwiedzały ją w jej własnym domu i przedkładały na jej ręce swoje prośby<”.

Nie wystarczą „prawa człowieka”, gdy człowiek poznaje Boga, od Którego pochodzi i od Którego całkowicie zależy, bo w pierwszym rzędzie są obowiązki wobec Boga i Jego prawa. Bóg daje się człowiekowi poznać, dzięki nauczaniu Kościoła, modlitwie, sakramentom i płynącej z nich łasce. Wymaga jednak oddawania mu czci. Dlatego tak bezgranicznie smutne i wręcz żałosne jest zamienianie w kalendarzu liturgicznym świąt religijnych, związanych z postaciami Matki Bożej i świętych, na „dzień chorego”, „dzień ziemi”, „środowiska”, „środków przekazu” i czego tam jeszcze.

Ilustracja z Mszału Rzymskiego

Ilustracja z Mszału Rzymskiego

Demonstracje KOD-u na ulicach Warszawy dostarczają cennych informacji o tym, że ten dawny ład zrodzony z zasad filozoficznych, religijnych i moralnych, jakie przyniosło chrześcijaństwo, stał się dziś dla części polskiego społeczeństwa nie do przyjęcia. Ta część zdecydowanie woli bezład. Dlaczego tak jest?

R. Amerio stawia odważną diagnozę: „[…] zarówno „miasto człowieka” [wg. św. Augustyna – EPP], (ku któremu ciąży Kościół posoborowy, gotowy mu schlebiać i błogosławić), jak i „miasto diabła” (które jest przez ten Kościół potępiane wyjątkowo niemrawo), łączą swe wysiłki, by oderwać człowieka od perspektywy duchowej – przede wszystkim wmawiając mu nieograniczoną wolność, czyli, że to, co zależne, jest niezależne”.

Uczynią z miast lasy, a z lasów kryjówki

Żeby to zrozumieć, trzeba wrócić znów do postaci Mieszka I. Ten zuchwały wojownik w 966 roku był w sile wieku; lubił męskie zajęcia: wojowanie, łowy. Był odważny, miał cechy wybitnego przywódcy. Lubił też kobiety, i to nie jedną; patrzył na nie z pożądliwością.

Takiego wojownika w pogańskim społeczeństwie ceniono, poważano. A jednak ten człowiek o wielkich ambicjach, zechciał w pewnej chwili zapewnić dla siebie i swojego państwa 1050 lat temu możną protekcję z Nieba. Ukorzył się przed Bogiem, gdy poznał Chrystusa i zrozumiał, co znaczyło pójść na krzyż. Zrozumiał też, że jego władza pochodzi od Boga i należy oddać Mu hołd swoim życiem. Nie zostawiając nic dla siebie. Ufając. Przyjmując za Mieszkiem zasady wiary i prawo moralne, jego lud stał się stopniowo narodem chrześcijańskim. Akt ofiarowania Stolicy Apostolskiej – czyli, jak mówiono wtedy „Świętemu Piotrowi” – swojej ziemi w lenno, z czym wiązały się konkretne donacje na rzecz Rzymu, był pieczęcią, że rzecz traktuje się poważnie, ma ona swoje materialne uwiarygodnienie. Skoro Bóg jest Panem, do Niego należy wszystko co się posiada.

Dziś człowiek uważą, że wszystko należy się właśnie jemu.  Chce zaspokoić podczas ziemskiego epizodu wszystkie swoje żadze, które coraz umiejętniej rozbudza świat. „Ponieważ współczesne społeczeństwo jest zdominowane przez ideę panowania nad światem – przypomina Romano Amerio – co realizowane jest przy użyciu techniki, czyli przez zastosowanie nauk przyrodniczych do ujarzmiania przyrody, całe życie polityczne nabrało innego charakteru, podmiotem społecznym jest obecnie masa złożona z jednostek, które jednoczy poszukiwanie tego, co użyteczne. Za tym stanem rzeczy kryje się również rezygnacja religii z udzielania się w sferze polityczno-społecznej”.

O tym, że Mieszko naprawdę Bogu ufał przekonuje także jego wotum, srebrne ramię złożone u grobu św. Uldaryka, biskupa Augsburga, przechowywane tam do dziś. Mieszko po swoim nawróceniu został ugodzony zatrutą strzałą w ramię podczas walk na Połabiu (poł. lat osiemdziesiątych X wieku) i wtedy, walcząc ze śmiercią, złożył uroczysty ślub, że jeśli za wstawiennictwem owego świętego zostanie uratowany, zaniesie ten dar. Intencja została przyjęta, nasz pierwszy polityczny władca wymodlił dla siebie cud uzdrowienia (por. Prof. Krzysztof Ożóg, 966. Chrzest Polski).

Ludzie, którzy stają razem, by się modlić do Kogoś, czyje istnienie nieskończenie przekracza ich własny byt, co pojęli rozumem nadprzyrodzonym – modlić się, czyli wznosić duszę do Boga, a nie „przeżywać”, „doświadczać”, „radować się”, „celebrować wspólnotę” – nigdy nie są tłumem. Owszem, wiele nastrojów daje się spotęgować przez efekt masy. „Ale któż rozsądny nie wie, jak płytkie i zmienne mogą być impulsy, które są w stanie nieomal w jedną chwili zelektryzować tę bezkształtną masę, jaką jest tłum, i jak mało miarodajne są owe porywy – jak nieadekwatne do tego, co istotnie może się kryć na dnie ludzkich serc i umysłów” (Romano Amerio).

Józef Chełmoński - Modlitwa przy kapliczce

Józef Chełmoński – Modlitwa przy kapliczce

Historia krzyża na Krakowskim Przedmieściu, zwanego Krzyżem Smoleńskim, znieważanego tak jak mogą to czynić wtórni poganie, barbarzyńcy wierzący w święte drzewa lub wojujący ateiści, a następnie zabranie go, rzekomo tylko po to, by znalazł się w miejscu, gdzie będzie szanowany, jest wielce pouczającym poglądowym obrazem jak daleko posunęła się w Polsce ekspansja naturalizmu, próbującego wyprzeć z naszej ziemi chrześcijaństwo, i jakie siły polityczne z naturalizmem się utożsamiają, jakie go wspomagają. Na naturalizmie nie da się oprzeć siły żadnego państwa, zbudować niczego trwałego, zapewnić ciągłości kultury i cywilizacji. Naturalizm gwarantuje co najwyżej „państwo sezonowe”, chwiejną kolonię w obcych rękach na naszej ziemi.

Jak pisał kiedyś Giambattista Vico: „Lecz jeśli spadnie na ludy to nieszczęście, i będą doznawali udręki, nie mogąc pogodzić się z narzuconą im władzą (…), wówczas pozostanie im środek ostateczny: uczynią ze swych miast lasy, a z lasów kryjówki. A po wiekach panowania barbarzyńców zmurszeją przewrotne tezy niektórych umysłów, które czyniły z nich poczciwych dzikusów – gdy okaże się, że okrutniejsze jest barbarzyństwo myślenia, niż barbarzyństwo zmysłów”. (Barbarzyństwo myślenia, jak wyjaśnia autor książki Iota unum, prof. R. Amerio, który przytoczył cytat, „to rozwój rozumu w oderwaniu od jego transcendentnej zasady oraz od celu moralnego – co mamy dziś możność obserwować np. w świecie technologii”). Włoski filozof zapowiedział możliwość zmiany cywilizacji, implikującej zmianę religii lub unicestwiającej wszelkie religie w Europie. Wydaje się, że taka ewentualność testowana jest dziś w różnych krajach Starego Kontynentu przy wykorzystaniu różnych strategii.

Dlatego trzeba bardzo zważać na zasady filozoficzne i światopoglądowe, jakie przyświecają ludziom opozycji w Polsce.

Jednak z pewnością to nie „demokracja i wartości chrześcijańskie”- tak często stawiane na jednej płaszczyźnie z „wartościami ludzkimi” – są dziś gwarantem trwania Rzeczypospolitej, lecz uznanie przez jej suwerenne władze polityczne bytowości Boga w Trójcy Świętej Jedynego. A także pamięć o tym, co uczynił Mieszko I, by zagwarantować pomyślność swojemu ludowi, jak bardzo był przenikliwy, przewidując zagrożenia ze strony ziemskich i duchowych potęg. Nikt nigdy tego dobrowolnego aktu poddania nie zakwestionował i nie cofnął, nadal obowiązuje.

Historia naszego państwa rozpoczęła się od momentu, gdy Mieszko I kazał ustawić na swojej ziemi krzyż i zaczął oddawać mu cześć. Nie mamy innej historii. Nie będzie innego polskiego państwa.

Walka o Krzyż Smoleński, tak jak walka o przetrwanie władz politycznych obecnej kadencji, to walka o zachowanie naszej europejskiej tożsamości. Raz jeszcze przypadło nam w udziale bronienie Europy przed Europą.

Srebrne ramię Mieszka I, człowieka walki – także z samym sobą – i pokory, niech będzie wsparciem dla nas, gdy czasem z troską i niepokojem myślimy o ciągłości naszego państwa.

 

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.