„Szczęsnyj Potockij był zupełnie comme il faut…”

Tak, to „Rejtan, czyli raport Ambasadora”. Dziewiętnaście lat po śmierci barda „Solidarności” jego piosenki słucha się, jakby została napisana przed chwilą. Dwieście lat po śmierci Tadeusza Rejtana, sto pięćdziesiąt po odejściu Jana Matejki, autora obrazu „Rejtan – upadek Polski”, dzieło to przemawia z nadzwyczajną siłą.

Przenikliwie przedstawia również dzisiejszy nasz świat. Tylko Ambasadorów, Szczęsnych Potockich, Ponińskich i Branickich jakby przybyło. Występują na politycznej i medialnej scenie pod innymi nazwiskami i w najróżniejszych barwach, od krwistej czerwieni po biel i błękit. Godłem ich wszystkich jest krotochwilny korpulentny orzeł z czekolady, podobny do kury, w towarzystwie różowych baloników.

Także „gorszących scen”, „które mają miejsce w polskim sejmie”, o których pisał Ambasador w swym słynnym gorącym raporcie, mamy szczególny urodzaj.

Rejtan –  symbol samotnego oporu wobec zdrady króla i większości polskich posłów, w oczywisty sposób kojarzy się dziś z tymi, którzy reprezentują sprzeciw wobec polityki aktualnychRejtan_caryca władz. Z postawą ludzi z PiS, którzy pozostali żywi po katastrofie smoleńskiej i działają nadal w polskiej polityce. Żywi, ale traktowani przez cały establishment polityczny, wysługujące się Ambasadorowi media, czyli prawie wszystkie media w Polsce,  a nawet przez niektórych dawnych towarzyszy walki – dziś po stronie  przeciwników – jak zwierzyna łowna. To nowość – kiedyś stronnictwo promoskiewskie w Polsce było jedno, dobrze widoczne, dziś obserwujemy liczne, większe i mniejsze ośrodki, niektóre nawet pozornie odległe od siebie. Przy wszelkich różnicach łączy je  krytyka polityki PiS, a także dezawuowanie zasług Lecha Kaczyńskiego. Ta krytyka nie ma wymiaru merytorycznego, towarzyszy jej brak szacunku dla osoby Prezydenta, co szczególnie szokuje – i bardzo obce jest polskiej kulturze –  po jego tragicznej śmierci. Ten czyniący wrażenie rozpisania na wiele głosów, brzmień, akordów, chór urągania, potępienia i ubolewania, rozlega się od lewej do prawej strony. Lech Kaczyński przedstawiany jest, na zmianę, jako polityk kompletnie nieudolny, szaleniec, który porywał się z motyką na słońce, kiepski gracz, który nie miał żadnych sukcesów,  przywódca państwa, który nie cieszył się autorytetem u rodaków, lub klasyczny romantyk, owładnięty całkowicie i bez reszty manią „antyrosyjskości” (czyli naśladowania marszałka Piłsudskiego w jego polityce wschodniej).

Do tego zestawu zarzutów, pretensji i insynuacji, prezentowanego przez szeroki wachlarz ludzi lewicy, niektórzy publicyści, którzy uchodzą za prawicowych, zaledwie parę miesięcy po tragedii smoleńskiej dorzucali jeszcze inny kwiatek. Że Lech Kaczyński był mianowicie „tchórzem”, bowiem zabrakło mu odwagi, by nie podpisać Traktatu Lizbońskiego. Mówiło się to, pomijając milczeniem fakt, że prezydent zwlekał z podpisaniem Traktatu dokąd tylko mógł, a jednocześnie realizował ambitną politykę wschodnią, upatrując bez porównania większe zagrożenie dla nas z tamtej strony, niż ze strony brukselskiego socjalistycznego molocha, słonia na glinianych nogach.

Ta metoda jest propagandowo szczególnie skuteczna, bowiem jej istotą jest zrównywanie moralne i insynuowanie  – u tak ustawionych sobie oponentów politycznych – potrzeby bezwzględnej walki o władzę – dla samej tylko władzy (warto zapytać swoją drogą, czy w USA też przypina się Republikanom łatkę z tego powodu, że „walczą o władzę”). Swego czasu pojawił się nawet argument, że „im większe poparcie dla tych dwóch liderów [Kaczyńskiego i Tuska – EPP], tym większa awantura w Polsce”, bo obaj są „nastawieni na konflikt”. Nie ważne, że tylko jedna z tych dwu partii dostrzega taki szczegół jak polska racja stanu, ważne, że tworzą – rzekomo wspólnie! – „oligarchię partyjną” i finansowane są z budżetu państwa.

Tak oto, już w pół roku po Smoleńsku, część poza – pisowskiej „prawicy” recenzowała obecność partii Jarosława Kaczyńskiego na scenie politycznej jako tragiczne nieporozumienie. Czy coś z tego można zrozumieć? Można. Tyle samo, ile zrozumiał Tadeusz Rejtan, skromny szlachcic z Nowogródczyzny, poseł na sejm, rzucający się w drzwiach sali sejmowej na ziemię, by przeszkodzić w podpisaniu traktatu rozbiorowego. Tyle, ile zrozumiał Jan Matejko, nie bardzo uczony, bez żadnych doktoratów, ale za to świetny artysta, malujący tę scenę. Tyle, ile dotarło do Jacka Kaczmarskiego – nie koniecznie intelektualisty, zaledwie prostego absolwenta UW – gdy swoim ostrym piórem zapisywał słynne zwrotki „Raportu Ambasadora”:

 „…Koszulę z piersi zdarł, zupełnie jak w teatrze,
Polacy – czuły naród – dali nabrać się:
Niektórzy w krzyk, że już nie mogą na to patrzeć,
Inni zdobyli się na litościwą łzę.
 
Tyle hałasu trudno sobie wyobrazić,
Wzniesione ręce, z głów powyrywany kłak,
Ksiądz Prymas siedział bokiem, nie widziałem twarzy,
 Evidemment nie było mu to wszystko w smak…

 

Ponińskij wezwał straż – to łajdak jakich mało.
 Do dalszych spraw polecam z czystym sercem go.
Branickij twarz przy wszystkich dłońmi zakrył całą,
Szczęsnyj Potockij był zupełnie comme il faut. (…)

 

W tym zamieszaniu spadły pisma i układy.
„Zdrajcy!”, krzyczano, lecz do kogo, trudno rzec.
Polityk przecież w ogóle nie zna słowa >zdrada< -
A politycznych obyczajów trzeba strzec…”

 

Reytan II

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Listopad 2017
    N P W Ś C P S
    « paź    
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    2627282930